niedziela, 19 lipca 2020

Zapłaciłach za 3 godziny, to byda lotała tela godzin - maraton-pół w wykonaniu Małgośki.

    To był maj, pachniała Saska Kępa, gdy za sugestią Biegowego Kumpla  (z Twoją posturą i wytrzymałością mogłabyś spróbować swoich sił w półmaratonie, jest jeszcze trochę czasu, zdążyłabyś się przygotować) Małgośka zapisała się na Silesia Półmaraton. 

    Początkowo pełna zapału, starała się przygotowywać sumiennie do półkrólewskiego dystansu, korzystała z rad i wskazówek bardziej doświadczonych Biegowych Kolegów (dzięki, Chłopcy!), szybko jednak dopadła ją proza życia. Wymówki od treningów, zmęczenie pracą i obowiązkami, przeświadczenie, że jeszcze jest sporo czasu i że teraz jest gorszy okres dla biegania, ale będzie lepiej, a do października to już w ogóle forma będzie jak ta lala. Yhmm. 

    Wakacje upłynęły bardzo szybko i pracowicie - obrona magisterki, etat w szpitalu, po godzinach niańczenie rozbrykanego (i przekochanego!) Siedmiolatka, rekrutacja na doktorat, zakupy, pranie, sprzątanie, gotowanie, brak urlopu - sami rozumiecie, że ostatnie, na co Małgośka miała siłę i czas, to było bieganie. Z tyłu głowy oczywiście kotłowała się jej myśl jeśli nie zaczniesz biegać, to nie przebiegniesz tego półmaratonu, nie ma szans, to sporo kilometrów, Małgośka

    W międzyczasie machnęła dwa biegi zorganizowane, klimatyczny Bieg dla Słonia oraz terenowy Cross Saturna (oczywiście hasło kross nic nie dało Małgośce do myślenia, była święcie przekonana, że to kolejna asfaltowa dyszka, dopóki nie ruszyła na trasę, brawo, brawo, brawo). Całe szczęście, że organizują te biegi uliczne, bo przynajmniej Małgośka miała bat nad sobą i ich już nie odpuściła. 


    Tydzień do wielkiego biegowego święta na Śląsku. Biegowi Koledzy wyciągają Małgośkę na wspólny trening taki luźny, tempem spokojnym, konwersacyjnym, nie ma co się przeciążać przed ważnym startem, Małgośka. Tempo konwersacyjne dla Biegowych Kumpli to 6:00, dla Małgośki 8:00, bo przy jej ukochanym 7:30 to i tak dyszy jak Smok Wawelski po wpałaszowaniu Dratewki i raczej konwersacji na poziomie prowadzić nie może. Małgośka stara się jak może utrzymać przy Chłopakach, Biegowy Kumpel widząc jej słabiuteńką formę pyta: Małgośka, ale Ty przebiegłaś już kiedyś dystans 21 kilometrów? - A mogę odpowiedzieć Ci za tydzień? (na tym treningu padł rekord kilometrów u Małgośki - 12, gdzie tam do tych 21,0975 km). Po tym wybieganiu się, Małgośkę dopadło przeziębienie, ale dzielnie z nim walczyła i w dniu startu była już prawie zdrowa. 

    6.10., blady świt, stopni Celsjusza 4, opady 90%, Małgośka powinna mieć zakaz startu w imprezach masowych, bo psuje innym warunki atmosferyczne. Problemy komunikacyjne, problemy pod tytułem nie mam się w co ubrać, bo strój przygotowany został na inne temperatury, szybka konsultacja z Biegowymi Kumplami (załóż długi rękaw pod koszulkę startową, ale krótkie spodenki zostaw, kurtki przeciwdeszczowej nie bierz! po co Ci ten plecak, nie wypijesz 5 litrów napojów, a próbowałaś kiedyś biegać i jeść żel? Bo żołądek może różnie zareagować, lepiej nie próbować tego podczas maratonu). Ubrała zwykłą bluzkę z długim rękawem (wtedy nie miała jeszcze całej sportowej półki w szafie), do plecaka władowała bidon rowerowy :) z wodą, butelkę wody, flachę izotoniku i dużo innych bardzo przydatnych rzeczy (typowa torebka Małgośki waży z jakieś 4 kilo, tu było jeszcze więcej), oczywiście, że nie próbowała nigdy wcześniej żelu, ale stwierdziła, że ratowano ją już tyle razy żelem z glukozą po omdleniu, że jej żołądek jest przyzwyczajony. I był, całe szczęście :)

    Dojechali na start. Biegaczy multum, Małgośka jeszcze w takim czymś nie uczestniczyła. Przebrała się, rzeczy zostawiła w depozycie, stanęła w dłuuugiej kolejce do cudnego toj-toja, a tu już szybko szybko zarządzono rozgrzewkę! Małgośka wymachuje rękami, nogami, kręci biodrami i kolanami, przesuwając się jednocześnie powoli w stronę upragnionej toalety. 

    Migusiem dociera do swojej strefy startowej, strefy F, czyli dla tych najwolniejszych, przy czym i tak szybszych niż Małgośka. Ustawia się na końcu, po prawej stronie, po lewej mając niesamowitych ludzi - biegających Wózkowiczów. 10:45. Ruszają. Małgośka cały czas trzyma się towarzystwa Wózkersów, bo oni tworzą fajną atmosferę, są żarty, żarciki, jest muzyka, jest impreza. Przody pracują na super wynik, a tyły jak to tyły, świetnie się bawią :)

    Z górki Wózkowicze wyprzedzają Małgośkę, ale na podbiegach to ona jest górą. Wiadomo, łatwo nie jest, nogi troszkę jak z waty na początku (nie wiedzieć czemu, ale Małgośka ma tak, że dobrze jej się biegnie po około 7-8 kilometrze). Leje jak z cebra, na szczęście wściekle różowa czapeczka z daszkiem chroni okulary przed kroplami deszczu. 

    Mimo psiej pogody kibiców jest w bród. Małgośka jest zachwycona, z każdym się wita, przybija piątkę, zjada czekoladkę, żelka, cząstkę mandarynki. Wzruszenie wywołuje Starszy Pan (tak na oko 85+), który dzielnie kibicuje w ulewie, przemoczony do suchej nitki. Małgośka podbiega do niego i przytula się. Takie gesty dają jej dużo siły i energii do pokonania tego długaśnego dystansu. Uśmiecha się do Panów Policjantów, Strażników Miejskich, Strażaków, Ratowników Medycznych, Wolontariuszy, dostrzega ogromną ilość osób zaangażowanych w ten bieg, w to, aby ona i i inni biegacze mogli bezpiecznie ukończyć maraton/półmaraton/ultramaraton. Brawa dla nich!

    Niesamowite uczucie wywołują w niej puste ulice. Chorzowska, Sokolska, rondo, Korfantego - Małgośka biegnie prawie że środkiem, po bokach kibice, aut zero, nawet tramwaje stoją (a ich pasażerowie machają do niej), zakorkowane zwykle miasto wygląda pięknie bez ruchu samochodowego (nie wspominałam Wam jeszcze o pomyśle Małgośki, aby centrum miasta było zamknięte dla samochodów?). Przy rondzie dostrzega kibicującą jej Koleżankę z Onkologii, podbiega, przytula się, Pies Koleżanki chce ją zeżreć, bo co to za obca baba do jego Pańci ukochanej podlatuje?!

    W pewnym momencie trasy maratonu i maratonu-pół łączą się. Małgośka przeżywa moment zwątpienia, czy aby się nie zgubiła, ale stwierdza, że tu nie ma jak się zgubić, trasa oznaczona perfekcyjnie, zresztą tłumy Kibiców i Wolontariuszy obstawiają boki, skręcić źle się nie da. Przyjemnie biegnie się jej z maratończykami - niektórzy przeżywają kryzys, inni tzw. ścianę, więc tempo mają podobne do Małgośkowego bezkryzysowego :) Biegnie na luzie, przybija piątki z dzieciakami, częstuje się bananami i czekoladkami, nagle uświadamia sobie, że przecież maratończycy mają 6 godzin na pokonanie swojego dystansu, a ona ma 3, w głowie zaczyna analizować - maraton wystartował o 9:00, jest godzina 12:30, czyli oni mają jeszcze 2,5 godziny do wyznaczonego limitu, a Małgośka ma tylko 1 h 15 minut!!! Aaaaa, trzeba przyspieszyć, bo medalu nie będzie ;(

    Przyspieszyła, zjadła żel, który bardzo brudzi ręce i buzię (ale to taka przypadłość Małgośki, dać jej ciastko czekoladowe w eleganckiej kawiarni, to się cała uświni, że aż ludzie się śmieją, a niech się śmieją, na zdrowie!), popiła wodą zgodnie z zaleceniami Biegowych Kolegów, czekała na sensacje żołądkowo-jelitowe, ale te o dziwo nie wystąpiły :)

    
Wbiega do swojego rodzinnego miasta, przebiega ulicą Śląską dawną Świerczewskiego, mija rondo z kulami, już wie, że do mety w Parku Śląskim coraz bliżej, ale teraz zaczyna się najgorszy podbieg na trasie - wszyscy ją nim straszyli. Małgośka lubi podbiegi (wyobraża sobie wtedy, że jest Justyną Kowalczyk i wbiega na Alpe Cermis), chociaż ten po 16 kilometrach ciągłego biegu dał jej trochę w kość. Wieża telewizyjna, wjazd do Parku, Małgośka patrzy na zegarek - ma godzinę zapasu, da radę, zrobi to, uda się jej zmieścić w limicie 3 godzin :) 

19 kilometr. Ściana. Brak sił, kolka, boli wszystko, co tylko może boleć. Małgośka ma ochotę zejść z trasy, skulić się na trawie i niech jej wszyscy dają święty spokój. Maszeruje do przodu, ale każdy krok jest dla niej niczym najgorsza tortura. Nagle czuje czyjąś dłoń na ramieniu - Małgorzata, dasz radę, już niewiele zostało, trzymam za Ciebie kciuki - te słowa Pana Maratończyka spowodowały napływ nowych sił do Małgośkowego organizmu. Tak, właśnie, że da radę, przecież bez sensu wycofać się na kilometr przed metą.  

    Widzi Stadion Śląski, zwany także Kotłem Czarownic. Ze wzruszenia i silnych emocji ma ochotę się rozpłakać, ale jeszcze nie czas na to. Trzeba przecież godnie wbiec na metę. 

Wbiega na metę tak, że za nią same gwiazdy :)
    
    Wbiega tunelem na Stadion. Na trybunach kibice, Małgośka czuje się jakby była gwiazdą lekkoatletyki, uczucie nieporównywalne z żadnym innym. Okrążenie po stadionie, ostatnie metry i jeeeest!!! Małgośka zostaje maratonką-pół :) z czasem 2:40, więc został jeszcze zapas dwudziestu minut. Rzuca się w silne ramiona dwóch Panów Rugbystów gratulujących wszystkim wbiegającym na metę i w tym momencie jest najszczęśliwszym człowiekiem na planecie ziemia. 

    Na trybunach czekają na nią Przyjaciele, tacy, co to nakarmią, napoją i do domu zawiozą :) aaa i jeszcze zdjęcie zrobią, żeby pamiątka była. Dziękuję ❤

Najszczęśliwsza kobieta pod słońcem. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rowerowa Opolszczyzna

       Długi weekend czerwcowy, piękna słoneczna pogoda, Małgośka umówiona ze swoim Ojcem na rowerowe zwiedzanie krainy z jego dzieciństwa -...