Długi weekend czerwcowy, piękna słoneczna pogoda, Małgośka umówiona ze swoim Ojcem na rowerowe zwiedzanie krainy z jego dzieciństwa - Opolszczyzny.
Rowery zapakowane na dach skody Ojca - przecież Małgośka tak daleko autem nie pojedzie, choć inwestycja w bagażnik rowerowy w jej przypadku byłaby najbardziej opłacalna, ze względu na to, że ona chce tym autem jeździć wiecznie, przeca nie będzie się na nowo uczyła tych wszystkich przycisków, dźwigni, biegów, wycieraczek, a nuż widelec bak będzie z drugiej strony i wtedy to już w ogóle kicha, NO NIE I KONIEC, opel corsa dożywotnio. Nie wiem, czy wiecie, ale każdy model auta wymaga innego bagażnika na dach, wymieniasz samochód na lepszy model - musisz kupić także nowy bagażnik 😢, zero zero waste, źle to ktoś wymyślił, ale co zrobić. Kanapki - są, bidony - są, kaski - meldują się (nawet Ojciec wziął swój, co mu się rzadko zdarza -Wziąłem, bo byś przez cały czas marudziła Małgośka, wolę mieć już święty spokój. - czasami warto mędzić dla bezpieczeństwa), batoniki, repelenty i tysiąc innych bardzo ważnych i niezbędnych rzeczy - nasze plecaki pękają w szwach.
Cyk, po pierwszym zakręcie mały postój na kontrolę umocowania rowerów, okej, trzymają się, można wjechać na autostradę. Dwie godziny później rowerowa skoda parkuje przy Kościele św. Franciszka w Komprachcicach. Pierwszy punkt wycieczki to tak zwane Stawiki, w których Ojciec za bajtla (dla ludzi niegodejących - gdy był dzieckiem) się kąpał. Teraz Stawiki są tak zarośnięte, że można co najwyżej potaplać się w błocku niczym świnka Peppa i świnka Dżordż (Małgośka jako była super niania świetnie orientuje się w bajkowo-kreskówkowych klimatach).
Małgośkowe spodnie z pampersem właśnie zaliczają swój debiutancki występ, są wygodne, choć na wertepach i po jakimś czasie tyłek i tak boli, ale na pewno dolegliwości są mniejsze, niż w trakcie jazdy w zwykłych gatkach.
Pięknymi lasami dojechali do Stawów, w których Pradziadek i Dziadek łowili ryby:
Mogli jechać cały czas wygodną asfaltową drogą o małym natężeniu ruchu - Małgośka większego by nie przeżyła, no way, ale ich góralskie rowery pewniej czują się na leśnych duktach, polnych wertepach, skacząc z korzenia na kamień, a z kamienia do piachu. Już przy Stawach były momenty ostrych zjazdów i podjazdów, Małgośka na początku z dezaprobatą schodziła z roweru przed stromym zjazdem (rowerowe połamańce już tak mają, że czasem się boją), ale po którymś razie machnęła już na to ręką i odważyła się zjechać. Uff, przeżyła i nawet to polubiła ;)
Duet Ojciec&Małgośka dotarł w końcu do Szydłowa. Krótka przerwa na jedzonko i omawianie rzeczy ciekawych do zobaczenia w tych okolicach.


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz