piątek, 25 września 2020

Rowerowa Opolszczyzna

     Długi weekend czerwcowy, piękna słoneczna pogoda, Małgośka umówiona ze swoim Ojcem na rowerowe zwiedzanie krainy z jego dzieciństwa - Opolszczyzny. 

Mój ukochany Góralski rower, hej!


Szklanka wody dla ochłody przed wyprawą. I kto mi powie, że pies na starość Ci wody nie poda?

    Rowery zapakowane na dach skody Ojca - przecież Małgośka tak daleko autem nie pojedzie, choć inwestycja w bagażnik rowerowy w jej przypadku byłaby najbardziej opłacalna, ze względu na to, że ona chce tym autem jeździć wiecznie, przeca nie będzie się na nowo uczyła tych wszystkich przycisków, dźwigni, biegów, wycieraczek, a nuż widelec bak będzie z drugiej strony i wtedy to już w ogóle kicha, NO NIE I KONIEC, opel corsa dożywotnio. Nie wiem, czy wiecie, ale każdy model auta wymaga innego bagażnika na dach, wymieniasz samochód na lepszy model - musisz kupić także nowy bagażnik 😢, zero zero waste, źle to ktoś wymyślił, ale co zrobić. Kanapki - są, bidony - są, kaski - meldują się (nawet Ojciec wziął swój, co mu się rzadko zdarza -Wziąłem, bo byś przez cały czas marudziła Małgośka, wolę mieć już święty spokój. - czasami warto mędzić dla bezpieczeństwa), batoniki, repelenty i tysiąc innych bardzo ważnych i niezbędnych rzeczy - nasze plecaki pękają w szwach. 

Cyk, po pierwszym zakręcie mały postój na kontrolę umocowania rowerów, okej, trzymają się, można wjechać na autostradę. Dwie godziny później rowerowa skoda parkuje przy Kościele św. Franciszka w Komprachcicach. Pierwszy punkt wycieczki to tak zwane Stawiki, w których Ojciec za bajtla (dla ludzi niegodejących - gdy był dzieckiem) się kąpał. Teraz Stawiki są tak zarośnięte, że można co najwyżej potaplać się w błocku niczym świnka Peppa i świnka Dżordż (Małgośka jako była super niania świetnie orientuje się w bajkowo-kreskówkowych klimatach).

Ta strużka wody za mną, to pozostałości po niegdysiejszych Stawikach. 

 Małgośkowe spodnie z pampersem właśnie zaliczają swój debiutancki występ, są wygodne, choć na wertepach i po jakimś czasie tyłek i tak boli, ale na pewno dolegliwości są mniejsze, niż w trakcie jazdy w zwykłych gatkach. 

    Pięknymi lasami dojechali do Stawów, w których Pradziadek i Dziadek łowili ryby:





    Koniec sentymentów, pora na prawdziwą rowerową przejażdżkę! Małgośka niczym rasowa TrasoPlannerka (skoro są wedding planerki, to czemu nie mogą być i traso?) spojrzała w Google Maps, na Stravę oraz na Endomondo, zobaczyła duży zielony obszar niedaleko Komprachcic i z okrzykiem Eureka! Tam jedziemy! ustawiła cel podróży na niewielką miejscowość Szydłów. 






    Mogli jechać cały czas wygodną asfaltową drogą o małym natężeniu ruchu - Małgośka większego by nie przeżyła, no way, ale ich góralskie rowery pewniej czują się na leśnych duktach, polnych wertepach, skacząc z korzenia na kamień, a z kamienia do piachu. Już przy Stawach były momenty ostrych zjazdów i podjazdów, Małgośka na początku z dezaprobatą schodziła z roweru przed stromym zjazdem (rowerowe połamańce już tak mają, że czasem się boją), ale po którymś razie machnęła już na to ręką i odważyła się zjechać. Uff, przeżyła i nawet to polubiła ;)


Lasy w tych okolicach są wyjątkowo piękne. 

Duet Ojciec&Małgośka dotarł w końcu do Szydłowa. Krótka przerwa na jedzonko i omawianie rzeczy ciekawych do zobaczenia w tych okolicach. 

Baton Grzesiek jest grzechu wart, ale niestety Małgośka zawsze się nim ubrudzi 😃

Szydłów może poszczycić się zabytkową stacją kolejową z 1887 roku. 




Zaraz przy stacji rosną sobie spokojnie od dwustu lat modrzewie, zaliczane do Pomników Przyrody. Trudno je było ująć na zdjęciu, takie to są olbrzymy! 






Łącznie Małgośka&Ojciec zrobili 32 km, dla jednych dużo, dla innych mało, a dla nich w sam raz. Był apetyt na więcej, ale było też mierzenie sił na zamiary :) 

piątek, 31 lipca 2020

44 km w japonkach do Różowego Jeziora w Hiszpanii.

    To był maj, pachniała Saska Kępa, gdy Małgośka razem z Przyjaciółmi spędzała krótki urlop w Hiszpanii. Pewnego dnia razem z Dwiema Szalonymi Dziewczynami postanowiła zobaczyć Różowe Jezioro, oddalone według Google Maps o 23 km od ich miejsca pobytu. Z racji tego, że zarówno Małgośka, jak i Dwie Szalone Dziewczyny należą do osobników bardzo oszczędnych, stwierdziły, że pójdą pieszo. W końcu 23 kilometry to nie jest jakaś znowu straszna odległość. 
    Małgośka do Hiszpanii leciała tylko z bagażem podręcznym (po co przepłacać za bagaż, można przecież ubrać 3 warstwy ubrań na siebie, a na głowę koniecznie kapelusz), z butów miała tylko sandałki na obcasie, pantofle na obcasie (trza zadawać szyku za granicą!) oraz japonki (nawiasem mówiąc jej pierwsze w życiu), takie za 9,99 z dyskontu, a z ubrań - sukienki i ... sukienki :) oraz wełniane ponczo, żeby mieć co zarzucić na ramiona w chłodne wieczory. 
    Wyruszyły z samego rana - Małgośka w sukience, japonkach i wielkim kapeluszu. W torbie wałówka - bagietki, ser, owoce, hiszpańskie piwo 🍺i oczywiście woda mineralna. Na ulicach pustki, najpierw szły luksusową dzielnicą willową, następnie zahaczyły o Parque el Palmeral, gdzie w wodzie pluskały się słodko żółwie, a nad głowami przelatywały egzotyczne ptaki. 


    Potem szły przez las, a nawet musiały przejść przez rzeczkę, jak te pieski małe dwa, tyle, że Dziewczyny kładeczki nie znalazły i musiały skakać niczym rącze gazele. Małgośka miała swoje obawy przed tym skokiem na głęboką wodę, no ale nie chciała zostać w tyle, a Szalone Dziewczyny już były po dobrej stronie rzeki. Hop siup i do przodu, bo jeszcze tyle drogi przed nami!

Ulica Los Angeles - Hameryka zaliczona!

    Szły i szły i szły, słońce prażyło, zapasy się kurczyły (zwłaszcza wody i piwa, jakoś tak wyszło), GPS prowadził czasem przez środek ronda, czasem autostradą (szły obok albo pod, aż tak szalone nie są), w nogach miały już jakieś 20 km a to Różowe Jezioro dziwnym trafem było nadal bardzo daleko. Tu muszę wtrącić, że nie wiem jak myśmy patrzyły na tę odległość w Hiszpanii, bo gdy teraz na potrzeby wpisu na bloga wklepałam trasę Alicante - Torrevieja wychodzi około 50 km 😊 w jedną stronę. Brawa dla naszej trójki! W śródziemnomorskim klimacie myślenie jest po prostu nieco inne 😊. 
    W pewnym momencie znalazły się bardzo blisko morza. Małgośka - której stopy w japonkach powoli odmawiały dalszej współpracy - od razu zaproponowała Chodźmy brzegiem morza, pójdziemy boso, stopy się schłodzą w wodzie, odpoczniemy trochę
Taaaa. 

Tu jeszcze plaża spokojna i przyjazna Turystkom. 

    Brzegiem morza przeszły może jakieś 800 metrów, gdy pojawiły się przeszkody i to takie konkretne. 

Zjawiskowe i monumentalne klify. 

    Wyglądało to niesamowicie - piękny ceglastoczerwony kolor, fale uderzające z hukiem i roztrzaskające się o skały, efekt wow wywołany, tylko, że Dziewczyny były już baaardzo zmęczone i raczej nie szukały wrażeń, a nudnej i spokojnej drogi do Różowego Jeziora. 


    Przeprawa przez klify nie należała do łatwych - kiecka w górę, torbę ważącą miliony kilo staramy się trzymać poza zasięgiem fal, japonki najpierw w ręce, ale potem rąk już zabrakło, więc na stopach, tylko trzeba pilnować czy nie zostały porwane przez wzburzone morze, katastrofa. To miał być odpoczynek, hahahaha 😊.


    Uff, udało się wydostać na stały ląd. Małgośce zepsuł się jeden japonek (jedna japonka?), pójdę boso nie wchodziło w grę ze względu na stopień nagrzania asfaltu, trzeba było więc przeszukać okoliczne bazarki, tzw "chińczyki" w celu ponownego obucia Małgośki. Jak na złość nie było jej numeru (37 to przecież taki rzadki okaz stopy), w końcu znalazły jedyne w swoim rodzaju Różowe Japonki Na Koturnie za 3 euro. 

Słynne Różowe Japonki na Koturnie. 

    Małgośka w nowych klapkach wrzuciła piąty bieg, teraz to Dziewczyny nie mogły za nią nadążyć. Różowe Japonki zostały przez nie ochrzczone Różowymi Popierd***czkami. Małgośce na tym koturnie od razu przybyło 5 cm wzrostu, a co za tym idzie +100 do pewności siebie, +300 do szybkości, +400 do zwinnych skoków przez przeszkody.
    
Na ulicach były takie pustki, że miałam wrażenie, że jesteśmy jedynymi ludźmi na planecie ziemia. 

    W końcu dotarły do miasteczka Torrevieja niczym Czterej Pancerni i Pies do Lublina, przywitani przez panią nauczycielkę słynnym jajkiem, którego nie umiał ukroić Gustlik. Szalonych Dziewczyn nikt w ten sposób nie witał, ale i tak czuły ogromną radość i dumę z przebytych piechotą 40 km. 
    Minęły przystanek autobusowy, sprawdziły, o której mają powrotny do Alicante i poszły zobaczyć w końcu to Różowe Jezioro. 





    Różowe Jezioro trochę je rozczarowało - chyba przez te 40 km stworzyły sobie w głowach bardzo wyidealizowany obraz tej wody. Zapadał zmrok, być może w pełnym słońcu lepiej widać różową barwę?

    Trochę odpoczęły siedząc na trawie, dojadły do końca swoje wałówki, sielsko-anielską atmosferę zakłóciły wstrętne komarzyska, więc zaczęły uciekać w stronę przystanku. I tu dopiero zaczęły się schody. 

    Było już po 21, akurat grała ukochana Barcelona Małgośki z Liverpoolem w półfinale Ligi Mistrzów, Barca miała gigantyczną przewagę z pierwszego meczu - 3:0. Małgośka idąc na przystanek zerknęła na telewizor wystawiony w ogródku jednej z knajpek - ups, Liverpool - 1, Barca - 0, ale spokojnie, jest przewaga, nie ma stresu, to początek meczu, luzik. 

    Przystanek autobusowy. PKS do Alicante powinien jechać już 15 minut temu. Miejski autobus jeden, drugi, trzeci. PKSu do Alicante brak. Kolejny wg rozkładu ma być za pół godziny. Powtórka z rozrywki - wszystkie autobusy przyjeżdzają, tylko nie ten ich, do Alicante. Godzina 23 - Szalone Dziewczyny nadal na przystanku, głodne, trochę wkurzone, Ciemno, prawie noc, a one ponad 40 km od domu. Małgośka zatrzymuje miejski autobus i pyta po hiszpańsku (coś tam jeszcze pamięta ze szkoły) dlaczego trzy pekaesy nie przyjechały, a w rozkładzie są wymienione. Pan kierowca się uśmiecha i mówi Pani, rozkład rozkładem, a życie życiem. Hasta la vista, Bejbe!

    Nadzieja, która umiera ostatnia i - jak twierdzą niektórzy, a Małgośka nie - jest matką głupich, właśnie Dziewczynom zeszła, może na hiszpankę, może na grasującą w tym rejonie mañanę, w każdym razie autobusem do domu nie wrócą, trzeba znaleźć inny środek lokomocji.


    Próbują złapać stopa - machają i machają przez kolejną godzinę - nic. Żaden samochód się nie zatrzymuje. Żodyn nie chce przygarnąć Trzech Szalonych Dziewczyn. Co za ludzie!


    Stwierdzają, z wielkim bólem serca i kieszeni, że nie mają wyjścia i muszą zamówić taksówkę. Małgośka przypomina sobie zwroty hiszpańskie, układa w myślach treść przemówienia pt. Dzień dobry wieczór, poprosimy taksówkę na przystanek w Torrevieja przy ulicy tej i tej, a ile mniej więcej będzie kosztował kurs do Alicante? Dziękuję pieknie, do usłyszenia. Szuka w internecie korporacji taxi nie za miliony monet, wystukuje numer, ale na szczęście nie musi prowadzić biznesowej rozmowy na szczycie w obcym języku, bo wtem zatrzymuje się pan taksówkarz - Dobry wieczór, czy jest Pan wolny?

    Udało się! Sympatyczny pan taksówkarz podał niezbyt wygórowaną cenę przejazdu, Dziewczyny wsiadły, Małgośka od razu zapytała Pana o mecz i - Carramba!!! Perdieron el partido! Que? Es imposible! No lo creo! Por que? Czyli w wolnym tłumaczeniu - Barcelona przegrała mecz 0:4, Liverpool przeszedł dalej, a Duma Katalonii musi wracać z Anfield z podkulonym ogonem. Hasta la vista, Bejbe po raz drugi dzisiaj.

    Małgośka z Panem Taksówkarzem wspominali starą, dobrą Barcę z Iniestą, Xavim, Pedro, Puyolem, Villą. Miała okazję poćwiczyć swój nieużywany przez kilka lat hiszpański, a przy okazji pogadać o swojej ukochanej drużynie - miłe zakończenie tej szalonej wycieczki.


Tu Małgośka pije swój pierwszy w życiu rum - wcześniej było wino, więc ŻYCIE JEST PIĘKNE!


Hiszpański przysmak - los churros con chocolate. Pycha!

niedziela, 19 lipca 2020

Zapłaciłach za 3 godziny, to byda lotała tela godzin - maraton-pół w wykonaniu Małgośki.

    To był maj, pachniała Saska Kępa, gdy za sugestią Biegowego Kumpla  (z Twoją posturą i wytrzymałością mogłabyś spróbować swoich sił w półmaratonie, jest jeszcze trochę czasu, zdążyłabyś się przygotować) Małgośka zapisała się na Silesia Półmaraton. 

    Początkowo pełna zapału, starała się przygotowywać sumiennie do półkrólewskiego dystansu, korzystała z rad i wskazówek bardziej doświadczonych Biegowych Kolegów (dzięki, Chłopcy!), szybko jednak dopadła ją proza życia. Wymówki od treningów, zmęczenie pracą i obowiązkami, przeświadczenie, że jeszcze jest sporo czasu i że teraz jest gorszy okres dla biegania, ale będzie lepiej, a do października to już w ogóle forma będzie jak ta lala. Yhmm. 

    Wakacje upłynęły bardzo szybko i pracowicie - obrona magisterki, etat w szpitalu, po godzinach niańczenie rozbrykanego (i przekochanego!) Siedmiolatka, rekrutacja na doktorat, zakupy, pranie, sprzątanie, gotowanie, brak urlopu - sami rozumiecie, że ostatnie, na co Małgośka miała siłę i czas, to było bieganie. Z tyłu głowy oczywiście kotłowała się jej myśl jeśli nie zaczniesz biegać, to nie przebiegniesz tego półmaratonu, nie ma szans, to sporo kilometrów, Małgośka

    W międzyczasie machnęła dwa biegi zorganizowane, klimatyczny Bieg dla Słonia oraz terenowy Cross Saturna (oczywiście hasło kross nic nie dało Małgośce do myślenia, była święcie przekonana, że to kolejna asfaltowa dyszka, dopóki nie ruszyła na trasę, brawo, brawo, brawo). Całe szczęście, że organizują te biegi uliczne, bo przynajmniej Małgośka miała bat nad sobą i ich już nie odpuściła. 


    Tydzień do wielkiego biegowego święta na Śląsku. Biegowi Koledzy wyciągają Małgośkę na wspólny trening taki luźny, tempem spokojnym, konwersacyjnym, nie ma co się przeciążać przed ważnym startem, Małgośka. Tempo konwersacyjne dla Biegowych Kumpli to 6:00, dla Małgośki 8:00, bo przy jej ukochanym 7:30 to i tak dyszy jak Smok Wawelski po wpałaszowaniu Dratewki i raczej konwersacji na poziomie prowadzić nie może. Małgośka stara się jak może utrzymać przy Chłopakach, Biegowy Kumpel widząc jej słabiuteńką formę pyta: Małgośka, ale Ty przebiegłaś już kiedyś dystans 21 kilometrów? - A mogę odpowiedzieć Ci za tydzień? (na tym treningu padł rekord kilometrów u Małgośki - 12, gdzie tam do tych 21,0975 km). Po tym wybieganiu się, Małgośkę dopadło przeziębienie, ale dzielnie z nim walczyła i w dniu startu była już prawie zdrowa. 

    6.10., blady świt, stopni Celsjusza 4, opady 90%, Małgośka powinna mieć zakaz startu w imprezach masowych, bo psuje innym warunki atmosferyczne. Problemy komunikacyjne, problemy pod tytułem nie mam się w co ubrać, bo strój przygotowany został na inne temperatury, szybka konsultacja z Biegowymi Kumplami (załóż długi rękaw pod koszulkę startową, ale krótkie spodenki zostaw, kurtki przeciwdeszczowej nie bierz! po co Ci ten plecak, nie wypijesz 5 litrów napojów, a próbowałaś kiedyś biegać i jeść żel? Bo żołądek może różnie zareagować, lepiej nie próbować tego podczas maratonu). Ubrała zwykłą bluzkę z długim rękawem (wtedy nie miała jeszcze całej sportowej półki w szafie), do plecaka władowała bidon rowerowy :) z wodą, butelkę wody, flachę izotoniku i dużo innych bardzo przydatnych rzeczy (typowa torebka Małgośki waży z jakieś 4 kilo, tu było jeszcze więcej), oczywiście, że nie próbowała nigdy wcześniej żelu, ale stwierdziła, że ratowano ją już tyle razy żelem z glukozą po omdleniu, że jej żołądek jest przyzwyczajony. I był, całe szczęście :)

    Dojechali na start. Biegaczy multum, Małgośka jeszcze w takim czymś nie uczestniczyła. Przebrała się, rzeczy zostawiła w depozycie, stanęła w dłuuugiej kolejce do cudnego toj-toja, a tu już szybko szybko zarządzono rozgrzewkę! Małgośka wymachuje rękami, nogami, kręci biodrami i kolanami, przesuwając się jednocześnie powoli w stronę upragnionej toalety. 

    Migusiem dociera do swojej strefy startowej, strefy F, czyli dla tych najwolniejszych, przy czym i tak szybszych niż Małgośka. Ustawia się na końcu, po prawej stronie, po lewej mając niesamowitych ludzi - biegających Wózkowiczów. 10:45. Ruszają. Małgośka cały czas trzyma się towarzystwa Wózkersów, bo oni tworzą fajną atmosferę, są żarty, żarciki, jest muzyka, jest impreza. Przody pracują na super wynik, a tyły jak to tyły, świetnie się bawią :)

    Z górki Wózkowicze wyprzedzają Małgośkę, ale na podbiegach to ona jest górą. Wiadomo, łatwo nie jest, nogi troszkę jak z waty na początku (nie wiedzieć czemu, ale Małgośka ma tak, że dobrze jej się biegnie po około 7-8 kilometrze). Leje jak z cebra, na szczęście wściekle różowa czapeczka z daszkiem chroni okulary przed kroplami deszczu. 

    Mimo psiej pogody kibiców jest w bród. Małgośka jest zachwycona, z każdym się wita, przybija piątkę, zjada czekoladkę, żelka, cząstkę mandarynki. Wzruszenie wywołuje Starszy Pan (tak na oko 85+), który dzielnie kibicuje w ulewie, przemoczony do suchej nitki. Małgośka podbiega do niego i przytula się. Takie gesty dają jej dużo siły i energii do pokonania tego długaśnego dystansu. Uśmiecha się do Panów Policjantów, Strażników Miejskich, Strażaków, Ratowników Medycznych, Wolontariuszy, dostrzega ogromną ilość osób zaangażowanych w ten bieg, w to, aby ona i i inni biegacze mogli bezpiecznie ukończyć maraton/półmaraton/ultramaraton. Brawa dla nich!

    Niesamowite uczucie wywołują w niej puste ulice. Chorzowska, Sokolska, rondo, Korfantego - Małgośka biegnie prawie że środkiem, po bokach kibice, aut zero, nawet tramwaje stoją (a ich pasażerowie machają do niej), zakorkowane zwykle miasto wygląda pięknie bez ruchu samochodowego (nie wspominałam Wam jeszcze o pomyśle Małgośki, aby centrum miasta było zamknięte dla samochodów?). Przy rondzie dostrzega kibicującą jej Koleżankę z Onkologii, podbiega, przytula się, Pies Koleżanki chce ją zeżreć, bo co to za obca baba do jego Pańci ukochanej podlatuje?!

    W pewnym momencie trasy maratonu i maratonu-pół łączą się. Małgośka przeżywa moment zwątpienia, czy aby się nie zgubiła, ale stwierdza, że tu nie ma jak się zgubić, trasa oznaczona perfekcyjnie, zresztą tłumy Kibiców i Wolontariuszy obstawiają boki, skręcić źle się nie da. Przyjemnie biegnie się jej z maratończykami - niektórzy przeżywają kryzys, inni tzw. ścianę, więc tempo mają podobne do Małgośkowego bezkryzysowego :) Biegnie na luzie, przybija piątki z dzieciakami, częstuje się bananami i czekoladkami, nagle uświadamia sobie, że przecież maratończycy mają 6 godzin na pokonanie swojego dystansu, a ona ma 3, w głowie zaczyna analizować - maraton wystartował o 9:00, jest godzina 12:30, czyli oni mają jeszcze 2,5 godziny do wyznaczonego limitu, a Małgośka ma tylko 1 h 15 minut!!! Aaaaa, trzeba przyspieszyć, bo medalu nie będzie ;(

    Przyspieszyła, zjadła żel, który bardzo brudzi ręce i buzię (ale to taka przypadłość Małgośki, dać jej ciastko czekoladowe w eleganckiej kawiarni, to się cała uświni, że aż ludzie się śmieją, a niech się śmieją, na zdrowie!), popiła wodą zgodnie z zaleceniami Biegowych Kolegów, czekała na sensacje żołądkowo-jelitowe, ale te o dziwo nie wystąpiły :)

    
Wbiega do swojego rodzinnego miasta, przebiega ulicą Śląską dawną Świerczewskiego, mija rondo z kulami, już wie, że do mety w Parku Śląskim coraz bliżej, ale teraz zaczyna się najgorszy podbieg na trasie - wszyscy ją nim straszyli. Małgośka lubi podbiegi (wyobraża sobie wtedy, że jest Justyną Kowalczyk i wbiega na Alpe Cermis), chociaż ten po 16 kilometrach ciągłego biegu dał jej trochę w kość. Wieża telewizyjna, wjazd do Parku, Małgośka patrzy na zegarek - ma godzinę zapasu, da radę, zrobi to, uda się jej zmieścić w limicie 3 godzin :) 

19 kilometr. Ściana. Brak sił, kolka, boli wszystko, co tylko może boleć. Małgośka ma ochotę zejść z trasy, skulić się na trawie i niech jej wszyscy dają święty spokój. Maszeruje do przodu, ale każdy krok jest dla niej niczym najgorsza tortura. Nagle czuje czyjąś dłoń na ramieniu - Małgorzata, dasz radę, już niewiele zostało, trzymam za Ciebie kciuki - te słowa Pana Maratończyka spowodowały napływ nowych sił do Małgośkowego organizmu. Tak, właśnie, że da radę, przecież bez sensu wycofać się na kilometr przed metą.  

    Widzi Stadion Śląski, zwany także Kotłem Czarownic. Ze wzruszenia i silnych emocji ma ochotę się rozpłakać, ale jeszcze nie czas na to. Trzeba przecież godnie wbiec na metę. 

Wbiega na metę tak, że za nią same gwiazdy :)
    
    Wbiega tunelem na Stadion. Na trybunach kibice, Małgośka czuje się jakby była gwiazdą lekkoatletyki, uczucie nieporównywalne z żadnym innym. Okrążenie po stadionie, ostatnie metry i jeeeest!!! Małgośka zostaje maratonką-pół :) z czasem 2:40, więc został jeszcze zapas dwudziestu minut. Rzuca się w silne ramiona dwóch Panów Rugbystów gratulujących wszystkim wbiegającym na metę i w tym momencie jest najszczęśliwszym człowiekiem na planecie ziemia. 

    Na trybunach czekają na nią Przyjaciele, tacy, co to nakarmią, napoją i do domu zawiozą :) aaa i jeszcze zdjęcie zrobią, żeby pamiątka była. Dziękuję ❤

Najszczęśliwsza kobieta pod słońcem. 


poniedziałek, 13 lipca 2020

Królewna Śnieżka, czyli Małgośka wdrapuje się na najwyższy szczyt Śląska (także Dolnego) i Czech

    Długi weekend w okolicach 11 listopada, a że u Małgośki z urlopami krucho, to oczywiście ruszyła swoje 4 litery i razem z Koleżanką W. czyli kompanką do górskich wycieczek wybrały się w Karkonosze. 

    Zaczęło się niewinnie - Małgośka ma taki fajny kalendarz z polskimi miastami: Gdańsk, Kraków, Wrocław, Poznań, Warszawa --> nuuudy, Jelenia Góra - ooo, tam jej jeszcze nie było! Koleżanko W. jedziemy do Jeleniej Góry (fakt, że to rodzinne miasto Majki Włoszczowskiej też miał tutaj znaczenie) :)

    Śnieżki wcale nie było w planach, to był jeszcze czas przed zapisaniem się do Klubu Zdobywców Korony Gór Polski. Miało być spokojnie: Rynek w Jeleniej, może wycieczka do Karpacza, Szklarskiej Poręby, wodospad Kamieńczyk i tyle. 

    W piątek po pracy wsiadłyśmy do czarnego wehikułu Koleżanki W. zapakowanego po brzegi jedzeniem 🍫🍞 i ruszyłyśmy A4 w stronę zachodzącego słońca. Droga długa, więc Małgośka śpiewała przez bite 3 godziny same szlagiery z dawnych lat, żeby Pani Kierowca przypadkiem nie zasnęła :) Efekt: jedna boląca głowa i jedno zdarte gardło. 

    W sobotę rano postanowiłyśmy zobaczyć wodospad Kamieńczyk. W strugach deszczu podjechałyśmy do Szklarskiej Poręby, a stamtąd czerwonym szlakiem udałyśmy się w stronę największego wodospadu po polskiej stronie Karkonoszy. 

Deszcz nie zmył nam uśmiechów z twarzy :)


Jest fajnie, bo się nie ślizgam!


Ja jestem #team_termosik i #team_sezamki, a Wy?


        Aby dostać się do wodospadu, należy kupić bilet, założyć kask (Małgośka wyznaje zasadę - zawsze w kasku!), przebyć bardzo niebezpieczną i budzącą strach w oczach drogę metalową kładką nad przepaścią (Małgośka z jej lękiem wysokości ledwo przeżyła, ale było sporo ludzi, więc nie chciała sobie wstydu narobić, poza tym była ciekawa tego wodospadu). 




Uff, nareszcie na dole, można się uśmiechnąć :)



Robi wrażenie, prawda?

    Przemoczone do suchej nitki, głodne, ale szczęśliwe wróciłyśmy do przytulnego apartamentu. Postanowiłyśmy, że jutro spróbujemy wejść na Śnieżkę, ale tylko i wyłącznie wtedy, jeśli nasze kurtki i buty wyschną przez noc. Wstyd się przyznać, ale po cichutku (ciii, nikt się nie dowie) liczyłyśmy na to, że rano jednak będą mokre  :P

    Buty wyschły, kurtki też, nie ma wyjścia, Śnieżka czeka. Auto zostawiłyśmy w Karpaczu i ruszyłyśmy czerwonym szlakiem w stronę Domu Śląskiego, który akurat obchodził swoje 98 urodziny :)
    
    Początkowo Małgośka była zachwycona. Zero przepaści, długa piesza wędrówka, czyli to, co tygryski i Margolcie lubią najbardziej :) Tylu pięknych jesiennych barw dawno nie widziałyśmy. 


 
Piękne kolory jesieni. 

 
Jak dla mnie, ta droga mogłaby się nie kończyć. 


Polska złota jesień



Jesteśmy coraz wyżej, pojawia się szron, Małgośka zaczyna się ślizgać. 

Zaczyna się kryzys, ale Małgośka jeszcze trzyma pion. 

Mimo solidnych butów (sprawdzonych już w górach wielokrotnie) na kamieniach pokrytych lodem i śniegiem Małgośka nie potrafi zachować równowagi i zaczyna się seria upadków.

    Docieramy do Domu Śląskiego, gdzie pałaszujemy bardzo zdrowy posiłek: 
 


    W trakcie jedzenia zastanawiamy się, jakim szlakiem podejść na sam szczyt Śnieżki. Wybieramy najkrótszy, czarny. Małgośka zacznie tego wkrótce żałować...



    Widoki zapierają dech w piersiach, jednak Małgośka nie może w pełni się nimi cieszyć, ponieważ ciągle upada. Pierwszy upadek Małgośki, drugi, siódmy i dziesiąty. Upada delikatnie, z klasą, tak żeby kość ogonowa przestała czuć się bezużyteczną. 



Małgośka już na czworakach

    Koleżanka W. jakby skrzydeł dostała, hop siup, prze na szczyt. Małgośka upada średnio co 5 minut, ślizga się, boi, podchodzi już właściwie na czworakach. Na szczęście ludzi dobrej woli jest więcej i pomagają jej wstać. Dochodzi nawet do tego, że wywija pięknego orła stojąc w kolejce do łańcuchów - Panie, jak jo leża stojąc, to co bydzie dalij?- pyta sympatycznego Pana, który ją podnosi z ziemi.  



Koleżanko W. ratuuuunku! Jo dalej nie ida, nie ma mowy. 
- Małgośka, a chcesz złazić tym czornym szlakiem? 
- Aaaaaa no nie chca! Koleżanko W. jo tu zostaja. Koniec, nie ida, jo się boja, mnie jest duszno, nie moga dychać [tu Małgośka drżącymi dłońmi zaaplikowała sobie psik Ventolinu, jak na prawdziwego astmatyka przystało]. 


Dobra, Małgośka, raz dwa trzy, wstajemy i idziemy! Już niedaleko. 


Takie widoki. 

Małgośka całą trasę podciągała się na rękach przy łańcuchu, bo buty odmawiały posłuszeństwa. Bicki urosły!


    Ostatnie metry, Małgośka serio myśli, że nie wróci żywa z tej wycieczki, a tu jeszcze tyle rzeczy do zrobienia na tym łez padole, tyle przygód, tyle miejsc do zwiedzenia, maraton do przebiegnięcia, Abba płytę ma wydać, a ona utknie pod Śnieżką na wieki. Panikara. 

    Udało się! W końcu wczołgała się na szczyt! Śnieżka zdobyta :)

Charakterystyczne obserwatorium na szczycie. 

Herbatka na szczycie smakuje jak najlepsze wino. 

    Na Śnieżkę wybierzemy się raz jeszcze - po pierwsze dlatego, że musimy zdobyć wpis do książeczki KGP, a po drugie - Małgośka była tak przerażona i zmęczona tą drogą najeżoną upadkami, że jak klapnęła na tyłek (widać na powyższym zdjęciu), tak już nie wstała aż do zejścia, więc w ogóle nie zobaczyła, co jest na szczycie. Bała się, że śleci ;)

Rowerowa Opolszczyzna

       Długi weekend czerwcowy, piękna słoneczna pogoda, Małgośka umówiona ze swoim Ojcem na rowerowe zwiedzanie krainy z jego dzieciństwa -...