piątek, 31 lipca 2020

44 km w japonkach do Różowego Jeziora w Hiszpanii.

    To był maj, pachniała Saska Kępa, gdy Małgośka razem z Przyjaciółmi spędzała krótki urlop w Hiszpanii. Pewnego dnia razem z Dwiema Szalonymi Dziewczynami postanowiła zobaczyć Różowe Jezioro, oddalone według Google Maps o 23 km od ich miejsca pobytu. Z racji tego, że zarówno Małgośka, jak i Dwie Szalone Dziewczyny należą do osobników bardzo oszczędnych, stwierdziły, że pójdą pieszo. W końcu 23 kilometry to nie jest jakaś znowu straszna odległość. 
    Małgośka do Hiszpanii leciała tylko z bagażem podręcznym (po co przepłacać za bagaż, można przecież ubrać 3 warstwy ubrań na siebie, a na głowę koniecznie kapelusz), z butów miała tylko sandałki na obcasie, pantofle na obcasie (trza zadawać szyku za granicą!) oraz japonki (nawiasem mówiąc jej pierwsze w życiu), takie za 9,99 z dyskontu, a z ubrań - sukienki i ... sukienki :) oraz wełniane ponczo, żeby mieć co zarzucić na ramiona w chłodne wieczory. 
    Wyruszyły z samego rana - Małgośka w sukience, japonkach i wielkim kapeluszu. W torbie wałówka - bagietki, ser, owoce, hiszpańskie piwo 🍺i oczywiście woda mineralna. Na ulicach pustki, najpierw szły luksusową dzielnicą willową, następnie zahaczyły o Parque el Palmeral, gdzie w wodzie pluskały się słodko żółwie, a nad głowami przelatywały egzotyczne ptaki. 


    Potem szły przez las, a nawet musiały przejść przez rzeczkę, jak te pieski małe dwa, tyle, że Dziewczyny kładeczki nie znalazły i musiały skakać niczym rącze gazele. Małgośka miała swoje obawy przed tym skokiem na głęboką wodę, no ale nie chciała zostać w tyle, a Szalone Dziewczyny już były po dobrej stronie rzeki. Hop siup i do przodu, bo jeszcze tyle drogi przed nami!

Ulica Los Angeles - Hameryka zaliczona!

    Szły i szły i szły, słońce prażyło, zapasy się kurczyły (zwłaszcza wody i piwa, jakoś tak wyszło), GPS prowadził czasem przez środek ronda, czasem autostradą (szły obok albo pod, aż tak szalone nie są), w nogach miały już jakieś 20 km a to Różowe Jezioro dziwnym trafem było nadal bardzo daleko. Tu muszę wtrącić, że nie wiem jak myśmy patrzyły na tę odległość w Hiszpanii, bo gdy teraz na potrzeby wpisu na bloga wklepałam trasę Alicante - Torrevieja wychodzi około 50 km 😊 w jedną stronę. Brawa dla naszej trójki! W śródziemnomorskim klimacie myślenie jest po prostu nieco inne 😊. 
    W pewnym momencie znalazły się bardzo blisko morza. Małgośka - której stopy w japonkach powoli odmawiały dalszej współpracy - od razu zaproponowała Chodźmy brzegiem morza, pójdziemy boso, stopy się schłodzą w wodzie, odpoczniemy trochę
Taaaa. 

Tu jeszcze plaża spokojna i przyjazna Turystkom. 

    Brzegiem morza przeszły może jakieś 800 metrów, gdy pojawiły się przeszkody i to takie konkretne. 

Zjawiskowe i monumentalne klify. 

    Wyglądało to niesamowicie - piękny ceglastoczerwony kolor, fale uderzające z hukiem i roztrzaskające się o skały, efekt wow wywołany, tylko, że Dziewczyny były już baaardzo zmęczone i raczej nie szukały wrażeń, a nudnej i spokojnej drogi do Różowego Jeziora. 


    Przeprawa przez klify nie należała do łatwych - kiecka w górę, torbę ważącą miliony kilo staramy się trzymać poza zasięgiem fal, japonki najpierw w ręce, ale potem rąk już zabrakło, więc na stopach, tylko trzeba pilnować czy nie zostały porwane przez wzburzone morze, katastrofa. To miał być odpoczynek, hahahaha 😊.


    Uff, udało się wydostać na stały ląd. Małgośce zepsuł się jeden japonek (jedna japonka?), pójdę boso nie wchodziło w grę ze względu na stopień nagrzania asfaltu, trzeba było więc przeszukać okoliczne bazarki, tzw "chińczyki" w celu ponownego obucia Małgośki. Jak na złość nie było jej numeru (37 to przecież taki rzadki okaz stopy), w końcu znalazły jedyne w swoim rodzaju Różowe Japonki Na Koturnie za 3 euro. 

Słynne Różowe Japonki na Koturnie. 

    Małgośka w nowych klapkach wrzuciła piąty bieg, teraz to Dziewczyny nie mogły za nią nadążyć. Różowe Japonki zostały przez nie ochrzczone Różowymi Popierd***czkami. Małgośce na tym koturnie od razu przybyło 5 cm wzrostu, a co za tym idzie +100 do pewności siebie, +300 do szybkości, +400 do zwinnych skoków przez przeszkody.
    
Na ulicach były takie pustki, że miałam wrażenie, że jesteśmy jedynymi ludźmi na planecie ziemia. 

    W końcu dotarły do miasteczka Torrevieja niczym Czterej Pancerni i Pies do Lublina, przywitani przez panią nauczycielkę słynnym jajkiem, którego nie umiał ukroić Gustlik. Szalonych Dziewczyn nikt w ten sposób nie witał, ale i tak czuły ogromną radość i dumę z przebytych piechotą 40 km. 
    Minęły przystanek autobusowy, sprawdziły, o której mają powrotny do Alicante i poszły zobaczyć w końcu to Różowe Jezioro. 





    Różowe Jezioro trochę je rozczarowało - chyba przez te 40 km stworzyły sobie w głowach bardzo wyidealizowany obraz tej wody. Zapadał zmrok, być może w pełnym słońcu lepiej widać różową barwę?

    Trochę odpoczęły siedząc na trawie, dojadły do końca swoje wałówki, sielsko-anielską atmosferę zakłóciły wstrętne komarzyska, więc zaczęły uciekać w stronę przystanku. I tu dopiero zaczęły się schody. 

    Było już po 21, akurat grała ukochana Barcelona Małgośki z Liverpoolem w półfinale Ligi Mistrzów, Barca miała gigantyczną przewagę z pierwszego meczu - 3:0. Małgośka idąc na przystanek zerknęła na telewizor wystawiony w ogródku jednej z knajpek - ups, Liverpool - 1, Barca - 0, ale spokojnie, jest przewaga, nie ma stresu, to początek meczu, luzik. 

    Przystanek autobusowy. PKS do Alicante powinien jechać już 15 minut temu. Miejski autobus jeden, drugi, trzeci. PKSu do Alicante brak. Kolejny wg rozkładu ma być za pół godziny. Powtórka z rozrywki - wszystkie autobusy przyjeżdzają, tylko nie ten ich, do Alicante. Godzina 23 - Szalone Dziewczyny nadal na przystanku, głodne, trochę wkurzone, Ciemno, prawie noc, a one ponad 40 km od domu. Małgośka zatrzymuje miejski autobus i pyta po hiszpańsku (coś tam jeszcze pamięta ze szkoły) dlaczego trzy pekaesy nie przyjechały, a w rozkładzie są wymienione. Pan kierowca się uśmiecha i mówi Pani, rozkład rozkładem, a życie życiem. Hasta la vista, Bejbe!

    Nadzieja, która umiera ostatnia i - jak twierdzą niektórzy, a Małgośka nie - jest matką głupich, właśnie Dziewczynom zeszła, może na hiszpankę, może na grasującą w tym rejonie mañanę, w każdym razie autobusem do domu nie wrócą, trzeba znaleźć inny środek lokomocji.


    Próbują złapać stopa - machają i machają przez kolejną godzinę - nic. Żaden samochód się nie zatrzymuje. Żodyn nie chce przygarnąć Trzech Szalonych Dziewczyn. Co za ludzie!


    Stwierdzają, z wielkim bólem serca i kieszeni, że nie mają wyjścia i muszą zamówić taksówkę. Małgośka przypomina sobie zwroty hiszpańskie, układa w myślach treść przemówienia pt. Dzień dobry wieczór, poprosimy taksówkę na przystanek w Torrevieja przy ulicy tej i tej, a ile mniej więcej będzie kosztował kurs do Alicante? Dziękuję pieknie, do usłyszenia. Szuka w internecie korporacji taxi nie za miliony monet, wystukuje numer, ale na szczęście nie musi prowadzić biznesowej rozmowy na szczycie w obcym języku, bo wtem zatrzymuje się pan taksówkarz - Dobry wieczór, czy jest Pan wolny?

    Udało się! Sympatyczny pan taksówkarz podał niezbyt wygórowaną cenę przejazdu, Dziewczyny wsiadły, Małgośka od razu zapytała Pana o mecz i - Carramba!!! Perdieron el partido! Que? Es imposible! No lo creo! Por que? Czyli w wolnym tłumaczeniu - Barcelona przegrała mecz 0:4, Liverpool przeszedł dalej, a Duma Katalonii musi wracać z Anfield z podkulonym ogonem. Hasta la vista, Bejbe po raz drugi dzisiaj.

    Małgośka z Panem Taksówkarzem wspominali starą, dobrą Barcę z Iniestą, Xavim, Pedro, Puyolem, Villą. Miała okazję poćwiczyć swój nieużywany przez kilka lat hiszpański, a przy okazji pogadać o swojej ukochanej drużynie - miłe zakończenie tej szalonej wycieczki.


Tu Małgośka pije swój pierwszy w życiu rum - wcześniej było wino, więc ŻYCIE JEST PIĘKNE!


Hiszpański przysmak - los churros con chocolate. Pycha!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rowerowa Opolszczyzna

       Długi weekend czerwcowy, piękna słoneczna pogoda, Małgośka umówiona ze swoim Ojcem na rowerowe zwiedzanie krainy z jego dzieciństwa -...