piątek, 31 lipca 2020

44 km w japonkach do Różowego Jeziora w Hiszpanii.

    To był maj, pachniała Saska Kępa, gdy Małgośka razem z Przyjaciółmi spędzała krótki urlop w Hiszpanii. Pewnego dnia razem z Dwiema Szalonymi Dziewczynami postanowiła zobaczyć Różowe Jezioro, oddalone według Google Maps o 23 km od ich miejsca pobytu. Z racji tego, że zarówno Małgośka, jak i Dwie Szalone Dziewczyny należą do osobników bardzo oszczędnych, stwierdziły, że pójdą pieszo. W końcu 23 kilometry to nie jest jakaś znowu straszna odległość. 
    Małgośka do Hiszpanii leciała tylko z bagażem podręcznym (po co przepłacać za bagaż, można przecież ubrać 3 warstwy ubrań na siebie, a na głowę koniecznie kapelusz), z butów miała tylko sandałki na obcasie, pantofle na obcasie (trza zadawać szyku za granicą!) oraz japonki (nawiasem mówiąc jej pierwsze w życiu), takie za 9,99 z dyskontu, a z ubrań - sukienki i ... sukienki :) oraz wełniane ponczo, żeby mieć co zarzucić na ramiona w chłodne wieczory. 
    Wyruszyły z samego rana - Małgośka w sukience, japonkach i wielkim kapeluszu. W torbie wałówka - bagietki, ser, owoce, hiszpańskie piwo 🍺i oczywiście woda mineralna. Na ulicach pustki, najpierw szły luksusową dzielnicą willową, następnie zahaczyły o Parque el Palmeral, gdzie w wodzie pluskały się słodko żółwie, a nad głowami przelatywały egzotyczne ptaki. 


    Potem szły przez las, a nawet musiały przejść przez rzeczkę, jak te pieski małe dwa, tyle, że Dziewczyny kładeczki nie znalazły i musiały skakać niczym rącze gazele. Małgośka miała swoje obawy przed tym skokiem na głęboką wodę, no ale nie chciała zostać w tyle, a Szalone Dziewczyny już były po dobrej stronie rzeki. Hop siup i do przodu, bo jeszcze tyle drogi przed nami!

Ulica Los Angeles - Hameryka zaliczona!

    Szły i szły i szły, słońce prażyło, zapasy się kurczyły (zwłaszcza wody i piwa, jakoś tak wyszło), GPS prowadził czasem przez środek ronda, czasem autostradą (szły obok albo pod, aż tak szalone nie są), w nogach miały już jakieś 20 km a to Różowe Jezioro dziwnym trafem było nadal bardzo daleko. Tu muszę wtrącić, że nie wiem jak myśmy patrzyły na tę odległość w Hiszpanii, bo gdy teraz na potrzeby wpisu na bloga wklepałam trasę Alicante - Torrevieja wychodzi około 50 km 😊 w jedną stronę. Brawa dla naszej trójki! W śródziemnomorskim klimacie myślenie jest po prostu nieco inne 😊. 
    W pewnym momencie znalazły się bardzo blisko morza. Małgośka - której stopy w japonkach powoli odmawiały dalszej współpracy - od razu zaproponowała Chodźmy brzegiem morza, pójdziemy boso, stopy się schłodzą w wodzie, odpoczniemy trochę
Taaaa. 

Tu jeszcze plaża spokojna i przyjazna Turystkom. 

    Brzegiem morza przeszły może jakieś 800 metrów, gdy pojawiły się przeszkody i to takie konkretne. 

Zjawiskowe i monumentalne klify. 

    Wyglądało to niesamowicie - piękny ceglastoczerwony kolor, fale uderzające z hukiem i roztrzaskające się o skały, efekt wow wywołany, tylko, że Dziewczyny były już baaardzo zmęczone i raczej nie szukały wrażeń, a nudnej i spokojnej drogi do Różowego Jeziora. 


    Przeprawa przez klify nie należała do łatwych - kiecka w górę, torbę ważącą miliony kilo staramy się trzymać poza zasięgiem fal, japonki najpierw w ręce, ale potem rąk już zabrakło, więc na stopach, tylko trzeba pilnować czy nie zostały porwane przez wzburzone morze, katastrofa. To miał być odpoczynek, hahahaha 😊.


    Uff, udało się wydostać na stały ląd. Małgośce zepsuł się jeden japonek (jedna japonka?), pójdę boso nie wchodziło w grę ze względu na stopień nagrzania asfaltu, trzeba było więc przeszukać okoliczne bazarki, tzw "chińczyki" w celu ponownego obucia Małgośki. Jak na złość nie było jej numeru (37 to przecież taki rzadki okaz stopy), w końcu znalazły jedyne w swoim rodzaju Różowe Japonki Na Koturnie za 3 euro. 

Słynne Różowe Japonki na Koturnie. 

    Małgośka w nowych klapkach wrzuciła piąty bieg, teraz to Dziewczyny nie mogły za nią nadążyć. Różowe Japonki zostały przez nie ochrzczone Różowymi Popierd***czkami. Małgośce na tym koturnie od razu przybyło 5 cm wzrostu, a co za tym idzie +100 do pewności siebie, +300 do szybkości, +400 do zwinnych skoków przez przeszkody.
    
Na ulicach były takie pustki, że miałam wrażenie, że jesteśmy jedynymi ludźmi na planecie ziemia. 

    W końcu dotarły do miasteczka Torrevieja niczym Czterej Pancerni i Pies do Lublina, przywitani przez panią nauczycielkę słynnym jajkiem, którego nie umiał ukroić Gustlik. Szalonych Dziewczyn nikt w ten sposób nie witał, ale i tak czuły ogromną radość i dumę z przebytych piechotą 40 km. 
    Minęły przystanek autobusowy, sprawdziły, o której mają powrotny do Alicante i poszły zobaczyć w końcu to Różowe Jezioro. 





    Różowe Jezioro trochę je rozczarowało - chyba przez te 40 km stworzyły sobie w głowach bardzo wyidealizowany obraz tej wody. Zapadał zmrok, być może w pełnym słońcu lepiej widać różową barwę?

    Trochę odpoczęły siedząc na trawie, dojadły do końca swoje wałówki, sielsko-anielską atmosferę zakłóciły wstrętne komarzyska, więc zaczęły uciekać w stronę przystanku. I tu dopiero zaczęły się schody. 

    Było już po 21, akurat grała ukochana Barcelona Małgośki z Liverpoolem w półfinale Ligi Mistrzów, Barca miała gigantyczną przewagę z pierwszego meczu - 3:0. Małgośka idąc na przystanek zerknęła na telewizor wystawiony w ogródku jednej z knajpek - ups, Liverpool - 1, Barca - 0, ale spokojnie, jest przewaga, nie ma stresu, to początek meczu, luzik. 

    Przystanek autobusowy. PKS do Alicante powinien jechać już 15 minut temu. Miejski autobus jeden, drugi, trzeci. PKSu do Alicante brak. Kolejny wg rozkładu ma być za pół godziny. Powtórka z rozrywki - wszystkie autobusy przyjeżdzają, tylko nie ten ich, do Alicante. Godzina 23 - Szalone Dziewczyny nadal na przystanku, głodne, trochę wkurzone, Ciemno, prawie noc, a one ponad 40 km od domu. Małgośka zatrzymuje miejski autobus i pyta po hiszpańsku (coś tam jeszcze pamięta ze szkoły) dlaczego trzy pekaesy nie przyjechały, a w rozkładzie są wymienione. Pan kierowca się uśmiecha i mówi Pani, rozkład rozkładem, a życie życiem. Hasta la vista, Bejbe!

    Nadzieja, która umiera ostatnia i - jak twierdzą niektórzy, a Małgośka nie - jest matką głupich, właśnie Dziewczynom zeszła, może na hiszpankę, może na grasującą w tym rejonie mañanę, w każdym razie autobusem do domu nie wrócą, trzeba znaleźć inny środek lokomocji.


    Próbują złapać stopa - machają i machają przez kolejną godzinę - nic. Żaden samochód się nie zatrzymuje. Żodyn nie chce przygarnąć Trzech Szalonych Dziewczyn. Co za ludzie!


    Stwierdzają, z wielkim bólem serca i kieszeni, że nie mają wyjścia i muszą zamówić taksówkę. Małgośka przypomina sobie zwroty hiszpańskie, układa w myślach treść przemówienia pt. Dzień dobry wieczór, poprosimy taksówkę na przystanek w Torrevieja przy ulicy tej i tej, a ile mniej więcej będzie kosztował kurs do Alicante? Dziękuję pieknie, do usłyszenia. Szuka w internecie korporacji taxi nie za miliony monet, wystukuje numer, ale na szczęście nie musi prowadzić biznesowej rozmowy na szczycie w obcym języku, bo wtem zatrzymuje się pan taksówkarz - Dobry wieczór, czy jest Pan wolny?

    Udało się! Sympatyczny pan taksówkarz podał niezbyt wygórowaną cenę przejazdu, Dziewczyny wsiadły, Małgośka od razu zapytała Pana o mecz i - Carramba!!! Perdieron el partido! Que? Es imposible! No lo creo! Por que? Czyli w wolnym tłumaczeniu - Barcelona przegrała mecz 0:4, Liverpool przeszedł dalej, a Duma Katalonii musi wracać z Anfield z podkulonym ogonem. Hasta la vista, Bejbe po raz drugi dzisiaj.

    Małgośka z Panem Taksówkarzem wspominali starą, dobrą Barcę z Iniestą, Xavim, Pedro, Puyolem, Villą. Miała okazję poćwiczyć swój nieużywany przez kilka lat hiszpański, a przy okazji pogadać o swojej ukochanej drużynie - miłe zakończenie tej szalonej wycieczki.


Tu Małgośka pije swój pierwszy w życiu rum - wcześniej było wino, więc ŻYCIE JEST PIĘKNE!


Hiszpański przysmak - los churros con chocolate. Pycha!

niedziela, 19 lipca 2020

Zapłaciłach za 3 godziny, to byda lotała tela godzin - maraton-pół w wykonaniu Małgośki.

    To był maj, pachniała Saska Kępa, gdy za sugestią Biegowego Kumpla  (z Twoją posturą i wytrzymałością mogłabyś spróbować swoich sił w półmaratonie, jest jeszcze trochę czasu, zdążyłabyś się przygotować) Małgośka zapisała się na Silesia Półmaraton. 

    Początkowo pełna zapału, starała się przygotowywać sumiennie do półkrólewskiego dystansu, korzystała z rad i wskazówek bardziej doświadczonych Biegowych Kolegów (dzięki, Chłopcy!), szybko jednak dopadła ją proza życia. Wymówki od treningów, zmęczenie pracą i obowiązkami, przeświadczenie, że jeszcze jest sporo czasu i że teraz jest gorszy okres dla biegania, ale będzie lepiej, a do października to już w ogóle forma będzie jak ta lala. Yhmm. 

    Wakacje upłynęły bardzo szybko i pracowicie - obrona magisterki, etat w szpitalu, po godzinach niańczenie rozbrykanego (i przekochanego!) Siedmiolatka, rekrutacja na doktorat, zakupy, pranie, sprzątanie, gotowanie, brak urlopu - sami rozumiecie, że ostatnie, na co Małgośka miała siłę i czas, to było bieganie. Z tyłu głowy oczywiście kotłowała się jej myśl jeśli nie zaczniesz biegać, to nie przebiegniesz tego półmaratonu, nie ma szans, to sporo kilometrów, Małgośka

    W międzyczasie machnęła dwa biegi zorganizowane, klimatyczny Bieg dla Słonia oraz terenowy Cross Saturna (oczywiście hasło kross nic nie dało Małgośce do myślenia, była święcie przekonana, że to kolejna asfaltowa dyszka, dopóki nie ruszyła na trasę, brawo, brawo, brawo). Całe szczęście, że organizują te biegi uliczne, bo przynajmniej Małgośka miała bat nad sobą i ich już nie odpuściła. 


    Tydzień do wielkiego biegowego święta na Śląsku. Biegowi Koledzy wyciągają Małgośkę na wspólny trening taki luźny, tempem spokojnym, konwersacyjnym, nie ma co się przeciążać przed ważnym startem, Małgośka. Tempo konwersacyjne dla Biegowych Kumpli to 6:00, dla Małgośki 8:00, bo przy jej ukochanym 7:30 to i tak dyszy jak Smok Wawelski po wpałaszowaniu Dratewki i raczej konwersacji na poziomie prowadzić nie może. Małgośka stara się jak może utrzymać przy Chłopakach, Biegowy Kumpel widząc jej słabiuteńką formę pyta: Małgośka, ale Ty przebiegłaś już kiedyś dystans 21 kilometrów? - A mogę odpowiedzieć Ci za tydzień? (na tym treningu padł rekord kilometrów u Małgośki - 12, gdzie tam do tych 21,0975 km). Po tym wybieganiu się, Małgośkę dopadło przeziębienie, ale dzielnie z nim walczyła i w dniu startu była już prawie zdrowa. 

    6.10., blady świt, stopni Celsjusza 4, opady 90%, Małgośka powinna mieć zakaz startu w imprezach masowych, bo psuje innym warunki atmosferyczne. Problemy komunikacyjne, problemy pod tytułem nie mam się w co ubrać, bo strój przygotowany został na inne temperatury, szybka konsultacja z Biegowymi Kumplami (załóż długi rękaw pod koszulkę startową, ale krótkie spodenki zostaw, kurtki przeciwdeszczowej nie bierz! po co Ci ten plecak, nie wypijesz 5 litrów napojów, a próbowałaś kiedyś biegać i jeść żel? Bo żołądek może różnie zareagować, lepiej nie próbować tego podczas maratonu). Ubrała zwykłą bluzkę z długim rękawem (wtedy nie miała jeszcze całej sportowej półki w szafie), do plecaka władowała bidon rowerowy :) z wodą, butelkę wody, flachę izotoniku i dużo innych bardzo przydatnych rzeczy (typowa torebka Małgośki waży z jakieś 4 kilo, tu było jeszcze więcej), oczywiście, że nie próbowała nigdy wcześniej żelu, ale stwierdziła, że ratowano ją już tyle razy żelem z glukozą po omdleniu, że jej żołądek jest przyzwyczajony. I był, całe szczęście :)

    Dojechali na start. Biegaczy multum, Małgośka jeszcze w takim czymś nie uczestniczyła. Przebrała się, rzeczy zostawiła w depozycie, stanęła w dłuuugiej kolejce do cudnego toj-toja, a tu już szybko szybko zarządzono rozgrzewkę! Małgośka wymachuje rękami, nogami, kręci biodrami i kolanami, przesuwając się jednocześnie powoli w stronę upragnionej toalety. 

    Migusiem dociera do swojej strefy startowej, strefy F, czyli dla tych najwolniejszych, przy czym i tak szybszych niż Małgośka. Ustawia się na końcu, po prawej stronie, po lewej mając niesamowitych ludzi - biegających Wózkowiczów. 10:45. Ruszają. Małgośka cały czas trzyma się towarzystwa Wózkersów, bo oni tworzą fajną atmosferę, są żarty, żarciki, jest muzyka, jest impreza. Przody pracują na super wynik, a tyły jak to tyły, świetnie się bawią :)

    Z górki Wózkowicze wyprzedzają Małgośkę, ale na podbiegach to ona jest górą. Wiadomo, łatwo nie jest, nogi troszkę jak z waty na początku (nie wiedzieć czemu, ale Małgośka ma tak, że dobrze jej się biegnie po około 7-8 kilometrze). Leje jak z cebra, na szczęście wściekle różowa czapeczka z daszkiem chroni okulary przed kroplami deszczu. 

    Mimo psiej pogody kibiców jest w bród. Małgośka jest zachwycona, z każdym się wita, przybija piątkę, zjada czekoladkę, żelka, cząstkę mandarynki. Wzruszenie wywołuje Starszy Pan (tak na oko 85+), który dzielnie kibicuje w ulewie, przemoczony do suchej nitki. Małgośka podbiega do niego i przytula się. Takie gesty dają jej dużo siły i energii do pokonania tego długaśnego dystansu. Uśmiecha się do Panów Policjantów, Strażników Miejskich, Strażaków, Ratowników Medycznych, Wolontariuszy, dostrzega ogromną ilość osób zaangażowanych w ten bieg, w to, aby ona i i inni biegacze mogli bezpiecznie ukończyć maraton/półmaraton/ultramaraton. Brawa dla nich!

    Niesamowite uczucie wywołują w niej puste ulice. Chorzowska, Sokolska, rondo, Korfantego - Małgośka biegnie prawie że środkiem, po bokach kibice, aut zero, nawet tramwaje stoją (a ich pasażerowie machają do niej), zakorkowane zwykle miasto wygląda pięknie bez ruchu samochodowego (nie wspominałam Wam jeszcze o pomyśle Małgośki, aby centrum miasta było zamknięte dla samochodów?). Przy rondzie dostrzega kibicującą jej Koleżankę z Onkologii, podbiega, przytula się, Pies Koleżanki chce ją zeżreć, bo co to za obca baba do jego Pańci ukochanej podlatuje?!

    W pewnym momencie trasy maratonu i maratonu-pół łączą się. Małgośka przeżywa moment zwątpienia, czy aby się nie zgubiła, ale stwierdza, że tu nie ma jak się zgubić, trasa oznaczona perfekcyjnie, zresztą tłumy Kibiców i Wolontariuszy obstawiają boki, skręcić źle się nie da. Przyjemnie biegnie się jej z maratończykami - niektórzy przeżywają kryzys, inni tzw. ścianę, więc tempo mają podobne do Małgośkowego bezkryzysowego :) Biegnie na luzie, przybija piątki z dzieciakami, częstuje się bananami i czekoladkami, nagle uświadamia sobie, że przecież maratończycy mają 6 godzin na pokonanie swojego dystansu, a ona ma 3, w głowie zaczyna analizować - maraton wystartował o 9:00, jest godzina 12:30, czyli oni mają jeszcze 2,5 godziny do wyznaczonego limitu, a Małgośka ma tylko 1 h 15 minut!!! Aaaaa, trzeba przyspieszyć, bo medalu nie będzie ;(

    Przyspieszyła, zjadła żel, który bardzo brudzi ręce i buzię (ale to taka przypadłość Małgośki, dać jej ciastko czekoladowe w eleganckiej kawiarni, to się cała uświni, że aż ludzie się śmieją, a niech się śmieją, na zdrowie!), popiła wodą zgodnie z zaleceniami Biegowych Kolegów, czekała na sensacje żołądkowo-jelitowe, ale te o dziwo nie wystąpiły :)

    
Wbiega do swojego rodzinnego miasta, przebiega ulicą Śląską dawną Świerczewskiego, mija rondo z kulami, już wie, że do mety w Parku Śląskim coraz bliżej, ale teraz zaczyna się najgorszy podbieg na trasie - wszyscy ją nim straszyli. Małgośka lubi podbiegi (wyobraża sobie wtedy, że jest Justyną Kowalczyk i wbiega na Alpe Cermis), chociaż ten po 16 kilometrach ciągłego biegu dał jej trochę w kość. Wieża telewizyjna, wjazd do Parku, Małgośka patrzy na zegarek - ma godzinę zapasu, da radę, zrobi to, uda się jej zmieścić w limicie 3 godzin :) 

19 kilometr. Ściana. Brak sił, kolka, boli wszystko, co tylko może boleć. Małgośka ma ochotę zejść z trasy, skulić się na trawie i niech jej wszyscy dają święty spokój. Maszeruje do przodu, ale każdy krok jest dla niej niczym najgorsza tortura. Nagle czuje czyjąś dłoń na ramieniu - Małgorzata, dasz radę, już niewiele zostało, trzymam za Ciebie kciuki - te słowa Pana Maratończyka spowodowały napływ nowych sił do Małgośkowego organizmu. Tak, właśnie, że da radę, przecież bez sensu wycofać się na kilometr przed metą.  

    Widzi Stadion Śląski, zwany także Kotłem Czarownic. Ze wzruszenia i silnych emocji ma ochotę się rozpłakać, ale jeszcze nie czas na to. Trzeba przecież godnie wbiec na metę. 

Wbiega na metę tak, że za nią same gwiazdy :)
    
    Wbiega tunelem na Stadion. Na trybunach kibice, Małgośka czuje się jakby była gwiazdą lekkoatletyki, uczucie nieporównywalne z żadnym innym. Okrążenie po stadionie, ostatnie metry i jeeeest!!! Małgośka zostaje maratonką-pół :) z czasem 2:40, więc został jeszcze zapas dwudziestu minut. Rzuca się w silne ramiona dwóch Panów Rugbystów gratulujących wszystkim wbiegającym na metę i w tym momencie jest najszczęśliwszym człowiekiem na planecie ziemia. 

    Na trybunach czekają na nią Przyjaciele, tacy, co to nakarmią, napoją i do domu zawiozą :) aaa i jeszcze zdjęcie zrobią, żeby pamiątka była. Dziękuję ❤

Najszczęśliwsza kobieta pod słońcem. 


poniedziałek, 13 lipca 2020

Królewna Śnieżka, czyli Małgośka wdrapuje się na najwyższy szczyt Śląska (także Dolnego) i Czech

    Długi weekend w okolicach 11 listopada, a że u Małgośki z urlopami krucho, to oczywiście ruszyła swoje 4 litery i razem z Koleżanką W. czyli kompanką do górskich wycieczek wybrały się w Karkonosze. 

    Zaczęło się niewinnie - Małgośka ma taki fajny kalendarz z polskimi miastami: Gdańsk, Kraków, Wrocław, Poznań, Warszawa --> nuuudy, Jelenia Góra - ooo, tam jej jeszcze nie było! Koleżanko W. jedziemy do Jeleniej Góry (fakt, że to rodzinne miasto Majki Włoszczowskiej też miał tutaj znaczenie) :)

    Śnieżki wcale nie było w planach, to był jeszcze czas przed zapisaniem się do Klubu Zdobywców Korony Gór Polski. Miało być spokojnie: Rynek w Jeleniej, może wycieczka do Karpacza, Szklarskiej Poręby, wodospad Kamieńczyk i tyle. 

    W piątek po pracy wsiadłyśmy do czarnego wehikułu Koleżanki W. zapakowanego po brzegi jedzeniem 🍫🍞 i ruszyłyśmy A4 w stronę zachodzącego słońca. Droga długa, więc Małgośka śpiewała przez bite 3 godziny same szlagiery z dawnych lat, żeby Pani Kierowca przypadkiem nie zasnęła :) Efekt: jedna boląca głowa i jedno zdarte gardło. 

    W sobotę rano postanowiłyśmy zobaczyć wodospad Kamieńczyk. W strugach deszczu podjechałyśmy do Szklarskiej Poręby, a stamtąd czerwonym szlakiem udałyśmy się w stronę największego wodospadu po polskiej stronie Karkonoszy. 

Deszcz nie zmył nam uśmiechów z twarzy :)


Jest fajnie, bo się nie ślizgam!


Ja jestem #team_termosik i #team_sezamki, a Wy?


        Aby dostać się do wodospadu, należy kupić bilet, założyć kask (Małgośka wyznaje zasadę - zawsze w kasku!), przebyć bardzo niebezpieczną i budzącą strach w oczach drogę metalową kładką nad przepaścią (Małgośka z jej lękiem wysokości ledwo przeżyła, ale było sporo ludzi, więc nie chciała sobie wstydu narobić, poza tym była ciekawa tego wodospadu). 




Uff, nareszcie na dole, można się uśmiechnąć :)



Robi wrażenie, prawda?

    Przemoczone do suchej nitki, głodne, ale szczęśliwe wróciłyśmy do przytulnego apartamentu. Postanowiłyśmy, że jutro spróbujemy wejść na Śnieżkę, ale tylko i wyłącznie wtedy, jeśli nasze kurtki i buty wyschną przez noc. Wstyd się przyznać, ale po cichutku (ciii, nikt się nie dowie) liczyłyśmy na to, że rano jednak będą mokre  :P

    Buty wyschły, kurtki też, nie ma wyjścia, Śnieżka czeka. Auto zostawiłyśmy w Karpaczu i ruszyłyśmy czerwonym szlakiem w stronę Domu Śląskiego, który akurat obchodził swoje 98 urodziny :)
    
    Początkowo Małgośka była zachwycona. Zero przepaści, długa piesza wędrówka, czyli to, co tygryski i Margolcie lubią najbardziej :) Tylu pięknych jesiennych barw dawno nie widziałyśmy. 


 
Piękne kolory jesieni. 

 
Jak dla mnie, ta droga mogłaby się nie kończyć. 


Polska złota jesień



Jesteśmy coraz wyżej, pojawia się szron, Małgośka zaczyna się ślizgać. 

Zaczyna się kryzys, ale Małgośka jeszcze trzyma pion. 

Mimo solidnych butów (sprawdzonych już w górach wielokrotnie) na kamieniach pokrytych lodem i śniegiem Małgośka nie potrafi zachować równowagi i zaczyna się seria upadków.

    Docieramy do Domu Śląskiego, gdzie pałaszujemy bardzo zdrowy posiłek: 
 


    W trakcie jedzenia zastanawiamy się, jakim szlakiem podejść na sam szczyt Śnieżki. Wybieramy najkrótszy, czarny. Małgośka zacznie tego wkrótce żałować...



    Widoki zapierają dech w piersiach, jednak Małgośka nie może w pełni się nimi cieszyć, ponieważ ciągle upada. Pierwszy upadek Małgośki, drugi, siódmy i dziesiąty. Upada delikatnie, z klasą, tak żeby kość ogonowa przestała czuć się bezużyteczną. 



Małgośka już na czworakach

    Koleżanka W. jakby skrzydeł dostała, hop siup, prze na szczyt. Małgośka upada średnio co 5 minut, ślizga się, boi, podchodzi już właściwie na czworakach. Na szczęście ludzi dobrej woli jest więcej i pomagają jej wstać. Dochodzi nawet do tego, że wywija pięknego orła stojąc w kolejce do łańcuchów - Panie, jak jo leża stojąc, to co bydzie dalij?- pyta sympatycznego Pana, który ją podnosi z ziemi.  



Koleżanko W. ratuuuunku! Jo dalej nie ida, nie ma mowy. 
- Małgośka, a chcesz złazić tym czornym szlakiem? 
- Aaaaaa no nie chca! Koleżanko W. jo tu zostaja. Koniec, nie ida, jo się boja, mnie jest duszno, nie moga dychać [tu Małgośka drżącymi dłońmi zaaplikowała sobie psik Ventolinu, jak na prawdziwego astmatyka przystało]. 


Dobra, Małgośka, raz dwa trzy, wstajemy i idziemy! Już niedaleko. 


Takie widoki. 

Małgośka całą trasę podciągała się na rękach przy łańcuchu, bo buty odmawiały posłuszeństwa. Bicki urosły!


    Ostatnie metry, Małgośka serio myśli, że nie wróci żywa z tej wycieczki, a tu jeszcze tyle rzeczy do zrobienia na tym łez padole, tyle przygód, tyle miejsc do zwiedzenia, maraton do przebiegnięcia, Abba płytę ma wydać, a ona utknie pod Śnieżką na wieki. Panikara. 

    Udało się! W końcu wczołgała się na szczyt! Śnieżka zdobyta :)

Charakterystyczne obserwatorium na szczycie. 

Herbatka na szczycie smakuje jak najlepsze wino. 

    Na Śnieżkę wybierzemy się raz jeszcze - po pierwsze dlatego, że musimy zdobyć wpis do książeczki KGP, a po drugie - Małgośka była tak przerażona i zmęczona tą drogą najeżoną upadkami, że jak klapnęła na tyłek (widać na powyższym zdjęciu), tak już nie wstała aż do zejścia, więc w ogóle nie zobaczyła, co jest na szczycie. Bała się, że śleci ;)

piątek, 10 lipca 2020

Z drogi śledzie, bo Małgośka jedzie! (część 2, ta o tankowaniu tesli)

    Okej, pierwsze motoryzacyjne koty za płoty, pora na kolejne historie. Dzisiaj prawdziwa petarda: pierwsze samodzielne tankowanie Małgośki oraz pierwsza i jedyna do tej pory kontrola Policji. Zapnijcie pasy, załóżcie kask i jedziemy!

    Piątek, luty, godziny popołudniowe. Małgośka prosto z pracy pędzi (pięćdziesiątką oczywiście!) do Bytomia na egzaminy. Dzień wcześniej zapaliła się jej kontrolka z benzyną (tu akurat bezbłędnie rozpoznała o co chodzi, nie żadne lampy aladyna, wykrzykniki czy pasy), ale gdzieś tam kiedyś coś słyszała, że 60 km, że spokojnie, że nie ma się czym przejmować. Jedzie do wspaniałego miasta Bytom, co to gdyby nie Warszawa, to byłby stolicą, a ta kontrolka zaczyna migać. Pulsować. Daje po oczach tym pomarańczowym. Małgośka jeszcze nie panikuje, najpierw egzaminy, potem tankowanie, no jakieś priorytety trzeba w życiu mieć. 
    Przyjeżdża na miejsce, parkuje na dzikim parkingu (bez linii, nic Małgośki nie ogranicza, no raj po prostu!) w najdalszym zakątku pod płotem, gdzie nawet diabeł boi się zapuszczać (co z tego, że Małgośka kończy późno zajęcia, co z tego, że tam nie ma latarni, co z tego, że niebezpieczna okolica, grunt, że nikt tam Małgośki innym autem nie "przyblokuje"). Idzie na egzaminy, zdaje, wychodzi, dzwoni do Taty, aby się zapytać, co ma zatankować (kiedyś tam wiedziała, ale zapomniała, tyle jest rzeczy do pamiętania, sami rozumiecie), bo ostatnio był przypadek, że ktoś zatankował nie to co miał i mu auto wybuchło, i Małgośka bardzo chciałaby tego uniknąć. Słyszy od Ojca, że Pb 95. Okej, spoko, przyjęte do wiadomości. 
    
    Wsiada do auta, w myślach cały czas leci Pb 95, Pb 95, Pb 95, zastanawia się na jaką stację benzynową pojechać. Zaraz przy Dworcu Autobusowym jest jedna stacja, no ale nie, bo Małgośka musiałaby zjechać przez dwa pasy (a nie lubi i nie umie tego robić, patrzy w te lusterka, patrzy, a i tak ocenić odległości innych aut nie umie, nawet nie widzi, na którym pasie te auta się poruszają, no kosmos jakiś!) na prawo, a ona potem skręca w lewo, więc musi się trzymać lewego pasa (Ha, i tak jest ograniczenie do 40 km/h, Drodzy Państwo! Będziecie się wlekli za Corsą, przynajmniej mandatu nie dostaniecie). 


    Jedzie dalej. Ikonka z benzyną prawie wyskakuje z deski rozdzielczej (tak, Małgośka teorię w miarę ogarnia), wskaźnik poziomu benzyny dotyka zera, a tu przed Małgośką droga przez pola, lasy, totalne zadupie, zima, piątek, godzina 22, Grzeczne Panienki z dobrych domów już dawno w swoich łóżeczkach, a Małgośka w aucie bez paliwa. Panika, ale jeszcze umiarkowana. Widzi stację, teraz już jest tylko jeden pas w każdą stronę, więc bez problemu zjeżdża na stację pod tytułem Wasbruk. Przyznacie, że to raczej taka stacja bez czerwonych dywanów, francuskich hotdogów z sojowym kabanosem i kawy za 5,99. Dodatkowo, każdy rodzaj paliwa znajduje się tutaj w osobnej alejce. Małgośka szuka swojego upragnionego Pb 95, szuka, szuka i jest! Udało się! Podjeżdża i ... o nie! Nieszczęście! Pb 95 jest przekreślone! No nie ma, skończyła się benzyna :( 😭 

    Katastrofa, ale Małgośka się nie poddaje. Stwierdza, że nie może opuścić tej stacji, gdyż czeka ją śmierć przez zamarznięcie w środku pola, gdzie jej auto bez kropli benzyny niewątpliwie utknie. Wpada na genialny pomysł: postawi auto na parkingu (przy stacjach przecież zawsze jest mały parking, ale nie na tym Wasbruku) i pójdzie do środka sklepu zapytać się, czy może nie mają gdzieś w małym kanistrze choć trochę benzyny. Nie było parkingu, więc stanęła przy gazie, jadąc chyba troszeczkę pod prąd, bo pan z terenówki ją strąbił, no Panie, przestań Pan, stan wyższej konieczności, czego Pan nie rozumiesz?

    Wysiada z auta i zmierza w stronę sklepu, ale widzi, że jakieś auto podjeżdża  pod Pb 95 przekreślone, wyskakuje młoda dziewczyna i normalnie bierze ten szlauf i zaczyna tankować! No koniec świata! Małgośka podchodzi do niej i pyta: Przepraszam, Pani tu tankuje? - Szkoda, że nie widzicie miny tej Dziewczyny. - Tak, tankuję. - Ojej, i jest benzyna? - Kobieta robi oczy kota ze Shreka ze zdziwienia - Nooo jest. - To super! Przepraszam Panią bardzo, bo ja właśnie będę pierwszy raz tankować i nie wiem jak się do tego zabrać, dziekuję Pani bardzo za pomoc!
 - Pani sobie podjedzie z drugiej strony, bo ma Pani bak po prawej

    Mistrzyni. Moja Idolka. Jak ona to zrobiła, że wystarczył jej jeden rzut oka na moje auto i już wiedziała, z której strony trzeba podjechać, żeby zatankować. Dzięki temu rozwiązała kolejny problem Małgośki, zanim ta w ogóle go sobie uświadomiła. 

    Jesteście już zmęczeni, zniesmaczeni, rozczarowani nieporadnością głównej bohaterki historii? To Wam jeszcze dołożę :)

    Małgośka zatankowała, zapłaciła, była z siebie bardzo dumna, wyjechała na drogę, jedzie szczęśliwie do domu, gdyby to był grudzień, to śpiewałaby I'm driving home for Christmas, ale że to był luty, to nuciła Mamma Mia. Nagle Pan Policjant z lizakiem wychodzi jej na drogę, Małgośka zwalnia zdziwiona, zjeżdza na pobocze, zatrzymuje się za radiowozem. Jechała z dozwoloną prędkością, więc zastanawia się, skąd to zatrzymanie. Uff, na szczęście udało się jej opuścić szybę. 
- Dobry wieczór, światełko się Pani nie pali. 
- Ojojoj, to niedobrze :( Przepraszam, nie zauważyłam. 
- Jest ciemno, dlatego lepiej żeby miała Pani sprawne światła. Proszę zostawić włączony silnik i wysiąść ze mną z samochodu. Pokażę Pani, że światło nie świeci. 
- Ale ja Panu wierzę, naprawdę! Wierzę i ja to naprawię zaraz. Nie muszę wychodzić. 
Małgośka bardzo chciała uniknąć wyjścia z auta pozostawionego na chodzie - po prostu za cholerę nie umiała zapamiętać, czy ma zostawić wbity bieg, czy luz. 
- Zapraszam Panią, bardzo proszę. 
Małgośka zrezygnowana zaciąga ręczny hamulec i ... w jej mózgu toczy się prawdziwa walka: Bieg! Luz! Bieg! Luz! W końcu podejmuje decyzję i wbija jedynkę. Puszcza pedały hamulca i sprzęgła i ... Sami wiecie, co się stało, jesteście inteligentnymi Czytelnikami. Auto zrobiło wielkiego kangura do przodu, na szczęście Małgośka miała tyle refleksu w nogach, że zdążyła wcisnąć hamulec zanim Corsa uderzyła w radiowóz. 

    Spuszcza głowę ze wstydu, nie ma odwagi spojrzeć w oczy Pana Policjanta. 
- Spokojnie, nic się nie stało. Proszę zaciągnąć ręczny. 
- Ręczny mam, ale co z tymi biegami?
- Proszę zostawić na luzie
Kochany Człowiek. Tym razem udało się zostawić corsę na chodzie, puścić pedały i nie spowodować przy tym katastrofy w ruchu lądowym. 
Małgośka nie dostała mandatu, Pan Policjant wyjaśnił jej, które światełko nie działa (choć nie użył przy tym fachowej nomenklatury, hmm ciekawe dlaczego?), ona nadal nie dostrzegała braku światła (przyjechała do domu i nie wiedziała, co ma wymienić). 
- Pani już teraz jedzie prosto do domu, prawda?
- Tak, ja już nie będę jeździć tym autem
- Autem może Pani jeździć, tylko proszę wymienić, albo lepiej niech ktoś Pani wymieni żarówkę, dobrze?
- Dobrze. Dziękuję Panu bardzo, dobranoc. 

THE END

PS Zastanawiacie się pewnie, jak to się stało, że z dnia na dzień wyczerpała się rezerwa na tak krótkich trasach. Otóż Małgośka  poprzedniego wieczoru odwiedzała swoją Babcię i dłuuuugo parkowała na jej osiedlu (wiecie, stare osiedle budowane w czasach, gdy pod blokiem stała jedna syrenka i jeden wartburg), pewnie tam straciła sporo paliwa. Cóż, początki bywają trudne, ale nie poddajemy się, nie poddajemy, hop i do przodu, hej!

PPS Małgośka nie jest blondynką. 

PPPS Małgośka nie wygrała prawa jazdy w Laysach. 

PPPPS Tak, Małgośka dalej jeździ. Nadal z zielonymi listkami. 


czwartek, 9 lipca 2020

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z jeżowcem, czyli Małgośka uczy się pływać w ciepłych wodach Adriatyku.

    Wspominałam w poście powitalno-przedstawialnym, że Małgośka nie potrafi pływać. To nie oznacza, że nic z tym nie robi - wręcz przeciwnie, usiłuje się nauczyć: w mazurskich jeziorach, lodowatym Bałtyku, toskańsko-umbryjskich basenach, Morzu Śródziemnym, Adriatyku, szpitalnym basenie (ale nie tym od Siostro, basen!) itd. Sami widzicie, ile tych prób było. 

    Dawno, dawno temu, ale nie aż tak dawno, żeby nie pamiętać, Małgośka odpoczywała w urokliwym chorwackim miasteczku na Półwyspie Istria - Umagu. Ćwiczyła na siłowni pod chmurką (u nas wtedy takie cuda nie były jeszcze popularne) z widokiem na morze; chodziła na spacery i się nie gubiła - bo nad morzem jest prosto: idziesz albo w stronę morza albo w drugą, innych opcji brak; w końcu przyszła pora na plażowanie. 

Zobaczcie, jak tu pięknie!

Siłownia pod chmurką - widok na morze jest, tylko go nie widać, bo jest z drugiej strony zdjęcia :)

    Małgośka ubrała specjalne buty do wody (w tych okolicach niewiele jest piaszczystych plaż, częściej spotkamy się z kamyczkami, żwirkiem, czy też innym niezbyt przyjemnym dla naszych stóp podłożem - chyba, że ktoś chce zostać fakirem, to wtedy bardzo proszę, boso można chodzić), kostium kąpielowy, założyła kapelusz (podstawa!), okulary przeciwsłoneczne (z racji tego, że ma wadę wzroku -5, to były to po prostu przyciemniane okulary korekcyjne,  inaczej byłoby zderzenie z pierwszym lepszym drzewem na swej drodze), posmarowała się kremem z filtrem i ułożyła na leżaku. 

Jestem mistrzem Painta! 

    Po oswojeniu się z sytuacją, sporządzeniu testamentu i pożegnaniu się z życiem, postanowiła wejść do wody i dokonać pierwszej próby przepłynięcia 3 metrów bez dotykania stopą dna. 3 metry, Małgośka, to tylko 3 metry, dasz radę. 
   
    Zdjęcia z tej podniosłej chwili brak, wszyscy postawieni w stan wyższej gotowości do rzucenia się tonącej Małgośce na pomoc. 
Schodzi po drabince, szczebelek po szczebelku. Woda jest przyjemnie letnia, Małgośka przynajmniej nie dygocze z zimna jak w Bałtyku, tylko co najwyżej ze strachu. Puszcza się drabinki i "wtedy płynę, płynę, chwytam w żagle wiatr", co prawda jeszcze tak bardzo chaotycznie, styl pływacki "na topielca", czyli machanie rękami i nogami bez ładu i składu, łapczywe połykanie powietrza, wrażenie, że o mój Boże topię się!, bo zamoczyłam kawałek brody. 
    
    Z czasem Małgośka uspokaja się, podskakuje pływająco w rytm I'm sailing Roda Stewarta,  można powiedzieć - sielanka. Nagle, Małgośka czuje ból w prawej nodze, taki paraliżujący, ała, ratunku, pomocy, moja noga! Ostatkiem sił dopływa podskakująco na jednej nodze do drabinki, wczołguje się na powierzchnię i wije się z bólu. Na nodze w okolicach kolana pojawiają się małe kropki, Małgośka czuje się jak po wbiciu setki drobnych igieł, powiedzmy tych takich do różowego wenflonu. 

    Jest oszołomiona tym atakiem, przypomina sobie, że pływając natrafiła na wystający kamień, który "docisnęła" kolanem. Wtedy poczuła ból. Zaczyna się zastanawiać, które z morskich żyjątek tak ją "załatwiło". Od razu przypomniały jej się z matury z biologii śmiercionośne meduzy - żeglarze portugalskie, a także rekiny ludojady i potwory z Loch Ness, nieważne, że to nie te tereny, że legendy, że to niemożliwe - Małgośka jest gotowa na wszystko. 

    W końcu, po wielu naradach i korzystaniu z pomocy Wujka Google i Cioci Wiki, ogłoszono jednomyślnie, że Małgośka kolanem nacisnęła na Jeżowca (przepraszam Cię, Zwierzaczku, naprawdę nie chciałam, ja Cię po prostu nie widziałam, wiesz przecież, że jestem prawie ślepa), Jeżowiec się zirytował i odpowiednio Małgośkę potraktował. Life is life, Małgośka. 

Obraz Thomas R. z Pixabay 
Sympatyczna istotka, prawda?

    Żebyście nie odnieśli wrażenia, że w tej Chorwacji to tylko niebezpieczne jeżowce grasują, pokażę Wam kilka ciekawych miejsc w Umagu. 

  
Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Pelegrina


Marina, Marina, Marina, Ti voglio al più presto sposar (może niedosłownie ;p)



Prosta Wieża w Umagu. 

Widoczek



Morze, głębokie i szerokie.


Może sukienkę?


Impreza z darmowym spaghetti (mniam!) i muzyką na żywo,  czyli to, co Małgośka kocha najbardziej. Więcej zdjęć ni ma, bo Małgośka tańczy. 

Piękna flora, na temat fauny mam swoje zdanie. 

Z tego zdjęcia jestem dumna. 

Dzikie pląsy na środku ulicy. 

Rowerowa Opolszczyzna

       Długi weekend czerwcowy, piękna słoneczna pogoda, Małgośka umówiona ze swoim Ojcem na rowerowe zwiedzanie krainy z jego dzieciństwa -...