poniedziałek, 13 lipca 2020

Królewna Śnieżka, czyli Małgośka wdrapuje się na najwyższy szczyt Śląska (także Dolnego) i Czech

    Długi weekend w okolicach 11 listopada, a że u Małgośki z urlopami krucho, to oczywiście ruszyła swoje 4 litery i razem z Koleżanką W. czyli kompanką do górskich wycieczek wybrały się w Karkonosze. 

    Zaczęło się niewinnie - Małgośka ma taki fajny kalendarz z polskimi miastami: Gdańsk, Kraków, Wrocław, Poznań, Warszawa --> nuuudy, Jelenia Góra - ooo, tam jej jeszcze nie było! Koleżanko W. jedziemy do Jeleniej Góry (fakt, że to rodzinne miasto Majki Włoszczowskiej też miał tutaj znaczenie) :)

    Śnieżki wcale nie było w planach, to był jeszcze czas przed zapisaniem się do Klubu Zdobywców Korony Gór Polski. Miało być spokojnie: Rynek w Jeleniej, może wycieczka do Karpacza, Szklarskiej Poręby, wodospad Kamieńczyk i tyle. 

    W piątek po pracy wsiadłyśmy do czarnego wehikułu Koleżanki W. zapakowanego po brzegi jedzeniem 🍫🍞 i ruszyłyśmy A4 w stronę zachodzącego słońca. Droga długa, więc Małgośka śpiewała przez bite 3 godziny same szlagiery z dawnych lat, żeby Pani Kierowca przypadkiem nie zasnęła :) Efekt: jedna boląca głowa i jedno zdarte gardło. 

    W sobotę rano postanowiłyśmy zobaczyć wodospad Kamieńczyk. W strugach deszczu podjechałyśmy do Szklarskiej Poręby, a stamtąd czerwonym szlakiem udałyśmy się w stronę największego wodospadu po polskiej stronie Karkonoszy. 

Deszcz nie zmył nam uśmiechów z twarzy :)


Jest fajnie, bo się nie ślizgam!


Ja jestem #team_termosik i #team_sezamki, a Wy?


        Aby dostać się do wodospadu, należy kupić bilet, założyć kask (Małgośka wyznaje zasadę - zawsze w kasku!), przebyć bardzo niebezpieczną i budzącą strach w oczach drogę metalową kładką nad przepaścią (Małgośka z jej lękiem wysokości ledwo przeżyła, ale było sporo ludzi, więc nie chciała sobie wstydu narobić, poza tym była ciekawa tego wodospadu). 




Uff, nareszcie na dole, można się uśmiechnąć :)



Robi wrażenie, prawda?

    Przemoczone do suchej nitki, głodne, ale szczęśliwe wróciłyśmy do przytulnego apartamentu. Postanowiłyśmy, że jutro spróbujemy wejść na Śnieżkę, ale tylko i wyłącznie wtedy, jeśli nasze kurtki i buty wyschną przez noc. Wstyd się przyznać, ale po cichutku (ciii, nikt się nie dowie) liczyłyśmy na to, że rano jednak będą mokre  :P

    Buty wyschły, kurtki też, nie ma wyjścia, Śnieżka czeka. Auto zostawiłyśmy w Karpaczu i ruszyłyśmy czerwonym szlakiem w stronę Domu Śląskiego, który akurat obchodził swoje 98 urodziny :)
    
    Początkowo Małgośka była zachwycona. Zero przepaści, długa piesza wędrówka, czyli to, co tygryski i Margolcie lubią najbardziej :) Tylu pięknych jesiennych barw dawno nie widziałyśmy. 


 
Piękne kolory jesieni. 

 
Jak dla mnie, ta droga mogłaby się nie kończyć. 


Polska złota jesień



Jesteśmy coraz wyżej, pojawia się szron, Małgośka zaczyna się ślizgać. 

Zaczyna się kryzys, ale Małgośka jeszcze trzyma pion. 

Mimo solidnych butów (sprawdzonych już w górach wielokrotnie) na kamieniach pokrytych lodem i śniegiem Małgośka nie potrafi zachować równowagi i zaczyna się seria upadków.

    Docieramy do Domu Śląskiego, gdzie pałaszujemy bardzo zdrowy posiłek: 
 


    W trakcie jedzenia zastanawiamy się, jakim szlakiem podejść na sam szczyt Śnieżki. Wybieramy najkrótszy, czarny. Małgośka zacznie tego wkrótce żałować...



    Widoki zapierają dech w piersiach, jednak Małgośka nie może w pełni się nimi cieszyć, ponieważ ciągle upada. Pierwszy upadek Małgośki, drugi, siódmy i dziesiąty. Upada delikatnie, z klasą, tak żeby kość ogonowa przestała czuć się bezużyteczną. 



Małgośka już na czworakach

    Koleżanka W. jakby skrzydeł dostała, hop siup, prze na szczyt. Małgośka upada średnio co 5 minut, ślizga się, boi, podchodzi już właściwie na czworakach. Na szczęście ludzi dobrej woli jest więcej i pomagają jej wstać. Dochodzi nawet do tego, że wywija pięknego orła stojąc w kolejce do łańcuchów - Panie, jak jo leża stojąc, to co bydzie dalij?- pyta sympatycznego Pana, który ją podnosi z ziemi.  



Koleżanko W. ratuuuunku! Jo dalej nie ida, nie ma mowy. 
- Małgośka, a chcesz złazić tym czornym szlakiem? 
- Aaaaaa no nie chca! Koleżanko W. jo tu zostaja. Koniec, nie ida, jo się boja, mnie jest duszno, nie moga dychać [tu Małgośka drżącymi dłońmi zaaplikowała sobie psik Ventolinu, jak na prawdziwego astmatyka przystało]. 


Dobra, Małgośka, raz dwa trzy, wstajemy i idziemy! Już niedaleko. 


Takie widoki. 

Małgośka całą trasę podciągała się na rękach przy łańcuchu, bo buty odmawiały posłuszeństwa. Bicki urosły!


    Ostatnie metry, Małgośka serio myśli, że nie wróci żywa z tej wycieczki, a tu jeszcze tyle rzeczy do zrobienia na tym łez padole, tyle przygód, tyle miejsc do zwiedzenia, maraton do przebiegnięcia, Abba płytę ma wydać, a ona utknie pod Śnieżką na wieki. Panikara. 

    Udało się! W końcu wczołgała się na szczyt! Śnieżka zdobyta :)

Charakterystyczne obserwatorium na szczycie. 

Herbatka na szczycie smakuje jak najlepsze wino. 

    Na Śnieżkę wybierzemy się raz jeszcze - po pierwsze dlatego, że musimy zdobyć wpis do książeczki KGP, a po drugie - Małgośka była tak przerażona i zmęczona tą drogą najeżoną upadkami, że jak klapnęła na tyłek (widać na powyższym zdjęciu), tak już nie wstała aż do zejścia, więc w ogóle nie zobaczyła, co jest na szczycie. Bała się, że śleci ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rowerowa Opolszczyzna

       Długi weekend czerwcowy, piękna słoneczna pogoda, Małgośka umówiona ze swoim Ojcem na rowerowe zwiedzanie krainy z jego dzieciństwa -...