wtorek, 7 lipca 2020

"Jo mom jeszcze jedno pyntla, poczekocie?", czyli pierwsze zawody Małgośki.

    Profilaktyka chorób nowotworowych jest dla Małgośki bardzo ważna, dlatego też zdecydowała się wziąć udział w Biegu Oko w Oko z Rakiem 2019. 
    Wtedy jeszcze Małgośka biegała sporadycznie, techniką Phoebe Buffay z ukochanego serialu Przyjaciele. Biegała zazwyczaj wtedy, kiedy była wkurzona, rozdrażniona, czy też nieszczęśliwie zakochana (Małgośka, mówią mi, on nie wart jednej łzy, a weź go czart, weź go czart), w każdym razie nie myślała o bieganiu poważnie. Oczywiście, jako nastolatka w wyobraźni widziała siebie zdobywającą złote medale podczas Igrzysk Olimpijskich, tak samo jak wygrywała ze swoją drużyną Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej ;) ale sama traktowała te swoje marzenia z przymrużeniem oka. 

    Wracając do charytatywnego Biegu Oko w Oko z Rakiem: super inicjatywa Pani Justyny, Prezes Fundacji Oko w Oko z Rakiem, która sama zmaga się z rakiem piersi. Trasa biegu wiedzie urokliwymi alejkami wokoł Skansenu w Parku Śląskim (dawniej Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku lub po prostu Parku Chorzowskim). Bieg organizowany jest na dwóch dystansach - 5 i 10 km, zgadnijcie jaki wybrała Małgośka ;) Dyszkę oczywiście, mimo że nigdy wcześniej tyle nie przebiegła. Zapisała się, licząc na to, że w tym trudnym dla niej okresie (dwie prace, koniec studiów, a tu jeszcze trzeba życie ogarnąć, czyli zakupy, pranie, sprzątanie i gotowanie) znajdzie czas na treningi. Nie znalazła. 
    
    Poszła (przepraszam, pojechała corsą!) na ten bieg z marszu, bez przygotowania, w dodatku dzień (noc?) przed biegiem wróciła z pracy po północy lekko przeziębiona. Normalnie zastosowałaby swoją ulubioną miksturę - herbata, miód, wódeczka, imbir, sok z aronii, goździki i cynamon, ale rano miała jechać autem, więc wypiła herbatę bez prądu :( W nocy spała kiepsko, biła się z myślami, czy się wycofać, zrezygnować. Była zmęczona, chora, pogoda była paskudna, lał deszcz, nie wiedziała w co się ubrać, dodatkowo musiała sama jechać autem (w ulewę, ślisko, trzeba włączyć wycieraczki!) do Chorzowa i tam zaparkować! Sami przyznacie, że same problemy. Zamiast tego mogła spędzić swój jedyny wolny dzień w ciepłym łóżeczku, pod kołderką i mieć wszystko w d.... Mogła, ale Małgośka jest z tych niepoddających się, tych co to 6 razy piszą maturę, żeby tylko dostać się na upragnioną medycynę. Stwierdziła, że głupie przeziębienie nie przeszkodzi jej w zdobyciu pierwszego medalu, w dodatku złotego :)
    
    Mimo niepogody, impreza przyciągnęła sporo osób. Prowadzącym był Pan Jacek Kawalec, którego Małgośka bardzo lubi, zwłaszcza w Joe Cockerowskim wydaniu. Odebrała swój pierwszy pakiet startowy, piękną różową koszulkę lidera (no dobra, nie lidera, tylko po prostu koszulkę z tego biegu) założyła na kurtkę przeciwdeszczową (kto kiedykolwiek biegał w kurtce przeciwdeszczowej, ten wie, co to znaczy zafuczony i ugotowany od środka sapiący nosorożec), miała problem z przymocowaniem numeru startowego za pomocą agrafek (na początku zamocowała go z tyłu koszulki, ale potem przypomniała sobie, że przecież biegnie z plecakiem, który wszystko zasłoni, więc ściągnęła i przypięła z przodu), nie wiedziała gdzie umieścić czip z nadajnikiem GPS (ale swoim starym zwyczajem zaczęła obserwować innych ludzi i ich naśladować), w końcu tak jak inni przymocowała go za pomocą sznurówki do buta, ale gdy tylko zaczęła się rozgrzewka, czip postanowił opuścić to miejsce ;) 
    Do biegu, gotowi, START!
Ruszyli. Małgośka od razu ustawiła się z tyłu, po prawej stronie, lewą zostawiając dla tych Szybkobiegających. Przez cały bieg była przedostatnia/ostatnia, przedostatnia/ostatnia, wymieniając się z pewną panią, która ostatecznie postanowiła przemaszerować resztę trasy.
    Pierwsza pętla, a Małgośka już została zdublowana. Luzik, nie poddajemy się, to taka taktyka, oni teraz docisną, szybko się zmeczą, a ja zachowam siły na ostatnie okrążenie i wtedy pokażę na co mnie stać. Uff, jaka jestem wykończona, pić mi się chce, za ciepło mi, jestem przemoczona i w ogóle kto to wymyślił! 
    
 

    Jak widać na załączonym zdjęciu, zrobionym przez profesjonalnego Fotografa, pana Kubę Złotego, strój biegowy Małgośki pozostawia wiele do życzenia. Biegła w zwykłych półbutach, rajstopach!, rowerowych legginsach z Lidla, kurtce przeciwdeszczowej (na zdjęciu już na szczęście po zdjęciu kaptura, bo była bliska uduszenia się). Klucze w plecaku niemiłosiernie dźwięczały przy każdym kroku, chusteczki zostały w plecaku, zamiast być w miejscu bardziej dostępnym, czyli np. kieszeniach kurtki, cóż, ten bieg dał Małgośce dużo do myślenia :)
    Kolejna pętla, niektórzy Szybkonożni dublują Małgośkę po raz drugi, ona już wie, że będzie ciężko, że musi walczyć o zmieszczenie się w limicie 1,5 h biegu. W myślach powtarza sobie: Małgośka, dasz radę, dasz radę, dasz radę, Małgośka!

Wspominałam, że nie będzie idealnych twarzy? 

    Trzecia pętla. Małgośka słyszy jak na mecie, którą przekraczają wszyscy czterokrotnie, już rozdają medale i gratulują ukończenia biegu. Troszeczkę się niepokoi, ale patrzy na zegarek i ma jeszcze ponad pół godziny. Uff, zdąży. Wpada na metę po trzecim okrążeniu, zawodnikom przed nią rozdają już medale, ona krzyczy do organizatorów: jo mom jeszcze jedno pyntla, poczekocie? Wszyscy w śmiech, pani Justyna z panem Jackiem, odkrzykują, że tak, poczekają, więc Małgośka leci dalej. Biegnąc, słyszy ceremonię koronacji (tak, tak, oczywiście, że dekoracji, proszę mnie nie poprawiać, zawsze tak mówię), na scenie za metą już impreza, a ona nadal biegnie. Wolontariusze, gdy tylko przebiegnie ich stanowisko, zwijają się zaraz za nią, po prostu impreza się kończy, tylko Małgośka nadal biegnie. Jeszcze tylko kilometr, pół, 300 metrów, już widać metę, już zaraz będzie historyczna chwila, pan Szpakowski krzyczy z wielką radością Jeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeest, zrobiła to, ona to zrobiła, dokonała tego, po prostu niesamowite
    Wbiegła na metę, dostała medal, z radości prawie się rozpłakała, do wolontariuszy rozdających posiłki pobiegowe wykrzykiwała, że ojeju jeju jeju, to był mój pierwszy bieg i ja przepraszam, ale bardzo się cieszę, czy ta woda dla mnie? A ta bułka? Ojej, dziękuję pięknie, dziękuję!
    Po wszystkim wróciła na trzęsących się nogach do auta, zadzwoniła do mamusi, że przeżyła i że jest cała i zdrowa, po czym wróciła do swojego mieszkania i cyknęła dwie fotki z medalem na szyi (a w zasadzie to w zębach), a co!

Prawdziwe złoto, sprawdziłam :)

Aaaa, no i oczywiście stwierdziła, że hohoho, wcale nie było tak źle,  to kiedy kolejny bieg? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rowerowa Opolszczyzna

       Długi weekend czerwcowy, piękna słoneczna pogoda, Małgośka umówiona ze swoim Ojcem na rowerowe zwiedzanie krainy z jego dzieciństwa -...