Razem z Koleżanką W. postanowiłyśmy zostać Zdobywcami Korony Gór Polskich. W tym celu nabyłyśmy specjalne książeczki oraz zapisałyśmy się do Klubu Zdobywców. Chciałam wstawić tutaj zdjęcie tej książeczki, ale gdzieś ją posiałam. Trzymałam ją zawsze w biblioteczce, ale ostatnio robiłam porządki i widocznie znalazłam dla niej lepsze miejsce. Kiedyś cię znajdę, znajdę cię, po prostu znajdę, jesteś coraz bliżeeeeeej, Książeczko :)
Zaczęłyśmy od Czupla, czyli najwyższego (930 m. n. p. m.) szczytu Beskidu Małego. Możecie się śmiać, że hahahaha, co to za wysokość, moja stuletnia babcia weszłaby tam na jednej nodze. Okej, ale my byłyśmy tam zimą. Czupel nie jest popularnym miejscem na ziemi, dlatego szlaki były nieprzetarte, a my przedzierałyśmy się w śniegu po kolana (zaraz mnie Koleżanka W. upomni, że kłamię, bo śniegu było po łydki). A ja Wam udowodnię, że jednak po kolana, patrzcie:
Jeszcze nie wiecie, że Małgośka uwielbia wymyślać najdłuższe trasy, dlatego też na Czupel wybrałyśmy się z Łodygowic. Dojechałyśmy tam autem, które prowadziła Koleżanka W. - w kolejnych wpisach dowiecie się, dlaczego Małgośka zazwyczaj nie znajduje się za kółkiem. Wyjechałyśmy skoro świt, czyli o 6 rano. Najśmiejszniejsze jest to, że żadnej z nas nie chciało się tego dnia i w takich warunkach (zimno, śnieg, deszcz, mgła) jechać, ale wstydziłyśmy się powiedzieć i liczyłyśmy na to, że to ta druga strona nieśmiało zaproponuje odwołanie wyprawy ;)
Dojechałyśmy na miejsce, zaparkowałyśmy na darmowym publicznym parkingu przy Szkole Podstawowej w Łodygowicach. Małgośce od razu zachciało się siku (typowe!), zaczęła szukać toalety w kościele (Koleżanka W. zarykiwała się w tym czasie ze śmiechu), a następnie w Urzędzie Gminy - tam się w końcu udało, pozdrawiam przemiłe Panie Urzędniczki. Z pustym pęcherzem, ale pełnym żołądkiem, z okrzykiem Życie jest piękne na ustach zaczęłyśmy wędrówkę czerwonym szlakiem. Aha, muszę jeszcze wspomnieć, że Małgośka miała kijki różnej długości, czego oczywiście nie zauważyła (kto by zwracał uwagę na takie błahostki, no chyba tylko Koleżanka W.), a jak już się o tym dowiedziała, to i tak nie umiała ich wyrównać, na szczęście Koleżanka W. vel Asystentka do Spraw Wszelakich vel Najlepszy Fotograf Ever posiadła takową umiejętność.
Przez większą część wyprawy byłyśmy same na szlaku. Nie powiem, trochę cykor był, bo nagle usłyszałyśmy dziwne odgłosy (w pobliżu znajduje się kamieniołom i to właśnie z niego dochodziły te hałasy), zrobiło się ciemno, zerwał się silny wiatr. W naszej głowie pojawiły się historie z horrorów, thrillerów, faceci biegający z siekierą, niedźwiedzie grizli itp. Przetrwałyśmy jakoś ten kryzys, po chwili przyroda się uspokoiła i my też :)
Podczas wycieczki przeskakiwałyśmy przez strumyki (Małgośka od razu darła się: Gdy strumyk płynie z wolna, rozsiewa zioła maj!), taplałyśmy się w błocie, brnęłyśmy w śniegu i ślizgałyśmy się na kamieniach (ale gleby tym razem Małgośka nie zaliczyła, w przeciwieństwie do Śnieżki, gdzie leżała regularnie co 5 minut).
W końcu dotarłyśmy na Czupel :)
Radość była ogromna, ale to jeszcze nie koniec wycieczki, bo żeby zdobyć pieczątkę - potwierdzenie wejścia - do naszej klubowej książeczki, musiałyśmy podejść na Magurkę Wilkowicką do schroniska.
Pogoda zrobiła się przepiękna, słoneczko przygrzewało, przyjemnie się szło. Oczywiście Małgośka najbardziej w górach lubi ... jedzenie! Kanapki, czekoladę, cukierki, herbatę w termosie.
Zimą jest ten problem, że łapki szybko marzną, gdy się grzebie bez rękawiczek w plecaku (a Małgośka zarówno w torebkach, w plecaku, jak i w mieszkaniu, czy w życiu ma bardziej taki artystyczny nieład, żeby nie powiedzieć brzydziej na "b"), kijki wtedy też bardziej przeszkadzają niż pomagają. A propos kijków - Małgośka zakłada je odwrotnie niż wskazują oznaczenia, czyli R na lewą rękę, a L na prawą, bo tak jej lepiej pasuje, czy Wy też tak macie, czy znowu Małgośka to ewenement na skalę światową? :)
W końcu dotarłyśmy do schroniska na Magurce. Byłyśmy przez dłuższą chwilę jedynymi gośćmi :) Zamówiłyśmy naleśniki z serem i placki ziemniaczane ze śmietaną, a także herbatę i czeskie piwo (to oczywiście Małgośka, przywilej nie-kierowcy). Z naszej miejscówki przy oknie podziwiałyśmy widoki.
Z Magurki Wilkowickiej odchodzą super trasy biegowe, jest też wypożyczalnia biegówek, kiedyś na pewno tam wrócę i będę niczym Justyna Kowalczyk, chociaż z moją astmą to raczej jak Maritt lub Tereska ;P
Po pysznym obiadku w schronisku zaczęłyśmy schodzić tą samą trasą do Łodygowic, gdzie czekał na nas czarny rumak Koleżanki W. Łącznie zrobiłyśmy 25 km i zajęło nam to 8 godzin. Powolutku, i tak dojdziesz do celu - to nasze motto ;)
PS Wszystkie zdjęcia robiła nieoceniona Koleżanka W., czyli najlepszy fotograf jakiego znam ;)









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz